Wspomnienia jastrzębian


powrót »
Inna ziemia

Deportacja 

10 luty 1940
Jest to szczególna data. Wydarzenia, za-chwilę będą miały miejsce, zaważą na całym życiu małego Ryszarda. Tego dnia zamieni się jego miejsce zamieszkania, a od dziadziusia otrzyma szczególny prezent, który od tej pory będzie mu już towarzyszył. Choć mały i nie zdaje sobie sprawy z powagi zagrożenia, które niczym gradowa chmura unosi się nad jego rodziną, martwi się rozdrażnieniem, jakie panuje wśród dorosłych. Jego mamusię doszły słuchy, że Rosjanie planują przesiedlenia polskiej ludności i wraz ze swoim tatą Julianem bardzo niepokoi się o niepewną przyszłością. 

23 VIII 1939 roku hitlerowskie Niemcy i stalinowskie państwo sowieckie zawarły pakt Ribbentrop - Mołotow. Był to spisek ukartowany przeciwko niepodległemu państwu polskiemu, l września wkroczyły do Polski Niemcy, 17 września do województw kresowych - Sowieci. Napaść ta dla Polaków oznaczała czwarty rozbiór ich nie tak dawno odzyskanej- ojczyzny, dla Marii - życie w ciągłym strachu. W Październiku 1939 roku, w ramach likwidacji oddziałów policji państwowej, NKWD aresztowało jej męża.
Transport, którym był wieziony, zatrzymał się w Kijowie, a tam informacje na jego temat urywają się. Prawdopodobnie zginał kilka kilometrów dalej w miejscowości Bukowo. Mogiły do tej pory nie odnaleziono.

Wydarzenie to było zaledwie uwerturą do ich dalszych losów - losów zesłańców. Wychowanie syna spoczęło wówczas tylko na barkach matki. W ich rodzinnej miejscowości Łokacze na Wołyniu żyli obok siebie Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Czesi i Niemcy. Wszyscy, jak na dobrego sąsiada przystało, darzyli się szacunkiem i przyjaźnią. Tę harmonię zniszczyły władze stalinowskie, które nawoływały w ulotkach ludność ukraińską i białoruską, by wystąpiła przeciw uciskowi narodowemu i klasowemu, wywołując w ten sposób eksplozję dotychczas skrywanej nienawiści i chęci zemsty wobec Polaków. Sowieci, mając w pamięci klęskę poniesioną w 1920 roku, pałali żądzą rewanżu. Na skutki tego nie trzeba długo czekać: 28 IX 1939r. nastąpiło włączenie terytorium 8 polskich wschodnich województw do ZSRR. Obywatelstwo radzieckie nadano wszystkim osobom, które l i 2 X 1939 r. przebywały na tych terenach. Nastąpiły kolejno różnego typu zniewolenia: aresztowania, łapanki, wywózki. Wszystkie te zabiegi miały na celu masową degradację „złych" Polaków, zniszczenie wszystkiego, co polskie: życia ludzkiego, godności, języka, kultury i religii. Maria nie uznała przyznanego jej obywatelstwa. Uczyła syna, że jest on Polakiem tak, jak jego dzielny tatuś, żołnierz Wojska Polskiego z 1920 roku. A to oznaczało wyrok..

Nocą, gdy rodzina Czerneckich spokojnie spała, nagle rozległ się łomot. Do domu wtargnęli jacyś mężczyźni. Okazują się oficerami NKWD, którzy zgodnie z instrukcjami nakazują domownikom szybko ubrać się i spakować. W panującym rozgardiaszu, pośród przerzucanych ubrań, sprzętów, krzyków i płaczu, trzeźwość umysłu zachował tylko Julian. Mogłoby się zdawać, iż był on świadomy, że tej nocy widzi po raz ostatni swoją ukochaną córkę i wnuczka. Kierowany tym przeczuciem daje im szczególny prezent - wizerunek Matki Boskiej Karmiącej, która ma chronić jego najbliższych przed widmem głodu....
Niestety, nie wiemy, jak medalion znalazł się w posiadaniu pana Juliana. Można przypuszczać, iż był on kupiony na bazarze od jakiegoś miejscowego artysty, gdyż jest to dzieło niepowtarzalne, nie będące kopią żadnego ze znanych wizerunków Matki Boskiej Karmiącej. Hipotetycznie mogła być to pamiątka rodzinna przekazywana z pokolenia na pokolenie.

Wraz z dziewięcioletnim synkiem, niewielkim bagażem i obrazkiem przy sercu młoda Matka pojechała w nieznane. Na Wołyniu pozostał jej tata wraz z resztą rodziny. Przynajmniej ich ominie to piekło. Po dotarciu na stację kolejową w miejscowości Wojnica kobieta uzmysłowiła sobie, co czeka ją i jej syna. Spanikowani ludzie straszą wywózką na Syberię, gdzie żyje się w nieludzkich warunkach, gdzie zimą para z wydychanego powietrza zamarza natychmiast i w postaci śnieżnego obłoczku rozbija się o ziemię, gdzie latem w żarze słońca ziemia zniszczona dotkliwym zimnem marszczy się, pęka i kruszeje, tworząc twardą i nieprzyjazną powłokę dla śmiałka, który chciałby ją oswoić i zagospodarować...

Taki właśnie obraz jawił się ponad 220 tysiącom masy ludzkiej, w której kordon wchodziły kobiety, dzieci i nielicznie starcy. W jednej chwili odebrano im cały majątek, jakim dysponowali, w jednej chwili utracili wolność, możliwość samostanowienia o sobie, zostali zrównani z przedmiotem, utracili nie tylko status obywatela, ale i człowieka. Byli to ludzie nieprzyzwyczajeni do ostrych warunków klimatycznych, głodu i poniżenia, jakie przyjdzie im jeszcze nieraz odczuć. Podróż ta miała ich do takiego stanu rzeczy przygotować. Ale jakim prawem? Kto dysponuje taką siłą, by w jednej chwili zmienić losy tylu ludzi? Pytania te pozostawały bez odpowiedzi, a rzucanie oskarżeń wcale nie poprawiało nerwowej sytuacji, przeciwnie - wzbudzało tylko poczucie bezsilności wobec obecnych tu oficerów NKWD, wzmagało uczucie niepokoju i strachu. W wydarzeniach tych ujawnia się początek procesu degradacji społecznej, jakiemu zostali poddani wszyscy pasażerowie tego osobliwego pociągu.

Zapędzono ich do wagonów bydlęcych. Ryszard nie spodziewał się, że jeden wagon może pomieścić tak dużą liczbę ludzi. Mimo ciasnoty cieszył się, że nie rozłączono go od mamusi. Kiedy wagony zapełniono do granicy możliwości, zatrzaśnięto i zaryglowano drzwi, pociąg ruszył. Siedząc w kompletnej ciemności, mały przytulił się do mamusi i próbował zapomnieć o przeszywającym na wskroś zimnie. Tego roku zima była wyjątkowo mroźna, słupek rtęci sięgał -40°C, a w wagonie brakowało opalania. Rychło obojgu zaczął doskwierać głód, a zapasy zabrane z ukochanego domu były już na wyczerpaniu. Miała to być ich pierwsza głodówka. Po kilku dniach, ku uciesze współpasażerów, wagony otwarto i po raz pierwszy rozdano posiłek. Składała się na niego porcja chleba i „kipiatok" (gorąca woda). Takie rarytasy trafiały do ich żołądków raz na tydzień, jednak bywało i tak, że serwowano rybę! Mając myśli pełne smakołyków, które wypełniały domowe spiżarki, próbowali zapomnieć o panującym tu brudzie, obrzydliwym zapachu fekalii, braku świeżego powietrza i o przeszywającym na wskroś zimnie.

W tym miejscu chciałabym zwrócić uwagę na spryt i inwencje władz ZSRR, które ujawniały się w dziedzinie terroru politycznego. Choć masowe deportacje nie były ani wynalazkiem systemu radzieckiego, ani osobistym wymysłem Stalina, to właśnie w tym systemie zastosowano je na niewyobrażalną skalę, nadając im zarazem wymiar ważnego elementu polityki państwowej i czyniąc je swoistą "normą" postępowania wobec grup ludności ocenianych na Kremlu jako choćby tylko potencjalnie niebezpieczne.3 Cała sztuka polegała na umiejętnym przedstawieniu f aktów. Tak więc w imię propagandy głoszono, iż wspaniałomyślne władze sowieckie są przyjaciółmi Polaków, a nie jakimiś tyranami tak jak Niemcy, którzy tworzą obozy zagłady, lub sami Polacy, którzy zamordowali rosyjskich żołnierzy podczas wojny polsko-bolszewickiej. Sowieci znają wartość człowieka i potrafią właściwie wykorzystać drzemiący w nim potencjał. Swoim nowym obywatelom dają szansę zmiany dotychczasowego życia, ofiarowują im nowe miejsca zamieszkania i możliwość podjęcia pracy w ZSRR. A, jak powszechnie wiadomo, największą wartością, jaką może dysponować człowiek jest praca, dlatego nie odmawiają jej nikomu, nawet wyrzutkom społeczeństwa, których należy poprzez nią resocjalizować. Pod tą zasłoną kryła się jednak bolesna prawda, która kosztowała życie i zdrowie wielu Polaków, a późniejsze władze wiele starań, by ją zatuszować. Proponuję unieść kurtynę i zobaczyć, co też się pod nią kryje...

6 lat w Kazachstanie

Okres 1940 -1942.
Po miesiącu przebywania w zamknięciu wagony zostały otwarte i przystąpiono do przeładunku znajdującego się wewnątrz „towaru". Środek transportu zmienił się na ciężarówkę, którą przewieziono chudziutkiego Ryszarda wraz z mamusią do ich nowego miejsca zamieszkania. Dziki krajobraz, który mieli przed oczyma, tak różnił się od Polski, że budził przerażenie, a nazwa Kazachstan wzmacniała tylko uczucie obcości i strachu przed niepewnym bytem. Kazachstan to kraina rozległa, o bardzo różnicowanej strukturze, obejmująca obszar 2717,3 tyś. km2. Rozciąga się od Uralu i rzeki Ural po Góry Ałtajskie i granice Chin; od transsyberyjskiej kolei na północy do Wybrzeża Morza Kaspijskiego i Aralskiego oraz dorzecza Syr-darii na południu. Klimat jest niemal kontynentalny, suchy i surowy, wyjątkowo ciężki. Lato jest niezwykle upalne na całym stepie, zimą 3/4 stepu pokrywa. gruba powłoka śniegu, a temperatura dochodzi do -30, -40°C Panem stepu jest wicher unoszący latem tumany kurzu, a zimą powodujący burze śnieżne, zwane buranami.

Zapoznanie się z tymi realiami wymagało czasu, a proces aklimatyzacji5 nie należał do najłatwiejszych. Przybyli do kołchozu z początkiem wiosny, dzięki czemu mieli czas, by w lżejszych warunkach klimatycznych wejść w rytm codziennego życia i przygotować się na budzącą grozę zimę, która w północnym Kazachstanie była wyjątkowo mroźna.

Naszego bohatera wraz z matką skierowano do kołchozu Krasnyj Oktiabr Krasnoarmiejskiej, wieś Krasnoarmiejsk, rejon Ordzonokiwski, obwód Kustnajski, gdzie zostali ulokowani w charakterze sublokatorów w domostwie starej Rosjanki i jej wnuczka. Babinie tej wyznaczono specjalne zadanie informowania władz kołchozu o każdym podejrzanym zachowaniu nowych domowników oraz pilnowania, by nie próbowali ucieczki. Życie pod jednym dachem z zupełnie obcymi ludźmi pod ciągłą kontrolą frustrowało. Egzystencja w takim miejscu oznaczała dla nowych domowników całkowity brak intymności.

Moje próby przedstawienia losów Pana Czerneckiego jako przykładu degradacji społecznej zaczynają się komplikować w miarę rozwoju sytucji. Na myśl nasuwają się się kłopotliwe pytania. Bo czyż sam fakt, że opisywanej przeze mnie dwójce udało się przeżyć podróż do Kazachstanu nie decyduje o ich wyjątkowym szczęściu i być może orędownictwie Matki Boskiej Karmiącej? Zapewnienie im dachu nad głową i możliwość podjęcia pracy, która była, jest i będzie podstawowym źródłem środków do życia, czyż nie stanowiła o ich wyższej pozycji względem osób, które pozostawione na pustym stepie, zostały skazane na śmierć? Jak więc widać wszystko zależy od punktu odniesienia, jaki sobie obierzemy. W takiej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak określić moje stanowisko w tej sprawie. W dalszej części tej pracy zrezygnuję ze skrajnych porównań do nienaturalnych sytuacji, gdyż zawsze znajdzie się ktoś, o kim będzie można powiedzieć, że ma się gorzej, a przecież nie o to chodzi. Moim „punktem odniesienia" jest więc zdrowa relacja międzyludzka, poszanowanie podstawowych praw jednostki do życia, wolności, własności i bezpieczeństwa.

Rozpoczął się najtrudniejszy okres w życiu małego Ryszarda i jego mamy. W Polsce mamusia cały czas spędzała ze swoim dzieckiem, nigdzie nie pracowała, jej zajęciem było wychowanie syna. W Kazachstanie sytuacja diametralnie się zmieniła. Maria musi rozpocząć pracę, by wyżywić ukochane dziecko i siebie. Z nadejściem kwietnia 1940 roku rozpoczyna pracę w kołchozie. Musi pamiętać o obowiązku meldowania się w komendanturze NKWD, niewywiązanie się z tej powinności groziło karą pracy przez dzień i noc. W myśl „powszechnego prawa migracji77, iż z reguły nowo przybyli są plasowani na najniższym szczeblu drabiny prac7, zlecono jej pracę w stepie, co łączyło się z wyjazdem wraz z brygadą z dala od miejsca zamieszkania, nawet i na dwa tygodnie. Po skończonej pracy udawała się na wymarzony spoczynek, by po skromnej kolacji położyć się spać do ciasnego wozu cygańskiego (barakowozu). W tym czasie Ryś zostaje pod opieką Rosjanki, dnie spędza w opłaconym przez matkę rosyjskim przedszkolu, gdzie zapewnione ma trzy posiłki, na noc wraca do domu swej opiekunki. Nigdy przedtem mamusia nie zostawiała go samego na tak długi czas, jak również i ona nigdy wcześniej nie miała do czynienia z zajęciami, jakie przyszło jej teraz wykonywać. Jej synowi najtrudniej było odnaleźć się pośród miejscowych dzieci. Szczególnie narażony był starszym chłopcom, których ojcowie bądź dziadkowie stracili życie w Polsce w 1920roku. Tkwiący w nich, silnie zakorzeniony żal i chęć rewanżu na Polakach był bardzo silny i musiał gdzieś znaleźć ujście. Jego ofiarą padał między innymi Ryszard, który nieraz dostał w skórę za swoje polskie pochodzenie.

Opisywane powyżej zdarzenia są relacją rozpoczęcia się bardzo ważnego procesu w życiu pana Czerneckiego i jego mamy. Procesu adaptacji społecznej, czyli procesu przystosowania się do określonych warunków środowiska społecznego, polegającej na nieustannej interakcji zachodzącej między jednostką a społeczeństwem, w wyniku czego dochodzi do przekształcania własnej struktury jednostki zgodnie z wymaganiami otoczenia, a także do przekształcania otoczenia i dopasowywania go do struktury wewnętrznej człowieka. Wyróżnia się kilka etapów adaptacji: reorientacja psychologiczna -uczenie się nowych wzorów i stosowanie ichw praktyce; tolerancja -szacunek dla cudzych poglądów, upodobań, wierzeń; asymilacja - całkowite przystosowanie się jednostki lub zbiorowości do istniejących warunków. Pan Czernecki wraz ze swoją mamą przeszedł przez dwa pierwsze etapy. Po zderzeniu się z nową rzeczywistością musieli nauczyć się w niej funkcjonować, czyli porozumieć się i zapoznać z miejscową ludnością, co pociągało za sobą konieczność nauki nowego języka, ale i wymagało ogromnych pokładów tolerancji co do odmiennych zachowań, stosunku do drugiego człowieka, miejscowych zwyczajów, obrzędów związanych z wyznawaną religią przez liczne mniejszości. Najszybciej do nowych warunków przystosował się Ryszard, ponieważ jako dziecko nie był tak silnie powiązany z Polską jak jego matka. Życie w Kazachstanie wymagało od nich wytrzymałości fizycznej i duchowej. Fizycznej, by głód i cierpienie, jakie odczuwali każdego dnia, nie popchnęło ich do czynów niskich. Duchowej, by życie w zgodzie z tutejszym społeczeństwem nie wiązało się z całkowitym zespoleniem z nim, a przez co zatraceniem drzemiącego w nich polskiego pierwiastka.

Kołchoz Krasny] Oktiabr należał do dużego typu gospodarstw rolnych, znajdowały się tam duża ferma, gdzie hodowano owce i krowy, sklep, oraz zabudowania mieszkalne. Żyli w nim ludzie wszelkich narodowości: Rosjanie, Kazachowie, Ukraińcy, Białorusini, Kirgizi, Czeczeńcy, Tatarzy, słowem mieszanka kulturowa. Społeczność Polaków stanowiła nieliczna grupa Polek z dziećmi.

Polacy starali się trzymać się razem. W procesie integracji pomagała religia chrześcijańska ze swoimi modlitwami, pieśniami, obrzędami i wreszcie świętami. Mimo braku księdza, kościoła czy choćby kapliczki kobiety pilnowały dat przypadających uroczystości i w tajemnicy przed kołchoźnikami obchodziły Święto 3 Maja, uroczystości majowe. Śpiewano wtedy znane pieśni maryjne w tym „Zdrowaś Maryjo, Bogarodzico". Pierwsze Święta Bożego Narodzenia obchodzone na zesłaniu należały do najsmutniejszych. Ryś pamiętał święta w Polsce: piękną choinkę, duży, bogato zastawiony stół, przy którym siedziała cała rodzina; konfrontacja z rzeczywistością była przygnębiająca. Nauka polskich modlitw i pieśni służyła edukacji dzieci i zachowaniu ich świadomości narodowej. W kołchozie istniała możliwość uczęszczania do rosyjskiej szkoły, do której Ryszard chodził przez pierwszy rok, a w drugim, tylko w okresie wiosennym. Późniejsza edukacja mijała się z celem, gdyż mimo, że Ryszard chciał się uczyć to nie miał ku temu żadnej możliwości i motywacji. Kiedy ma się pusty brzuszek, a ciało odrętwiałe pod wpływem przeszywającego na wskroś mrozu, ciężko jest się czegokolwiek nauczyć. Nawet jeśli chciał iść do szkoły, to brak butów i ciepłego ubrania nie pozwalał na to. Nauka wymagała zbyt wiele poświęcenia, zamiast ryzykować przeziębieniem i całodzienną głodówką, bardziej opłacało się pójść do pracy i zapewnić sobie cokolwiek do zjedzenia, a zimę przeczekać u boku mamusi w wychłodzonej ziemiance.

Widmo pracy nie ominęło nawet najmłodszych. Ich rówieśnicy w tym czasie, w cywilizowanych częściach świata odbierali zapewnioną im przez międzynarodowe prawo podstawową edukację. W Kazachstanie obowiązywało inne prawo: „kto nie pracuje, ten nie je". Brak pożywienia jest równoznaczny ze śmiercią, mając do wyboru możliwość nauki, albo ciepły posiłek, każdy człowiek o zdrowych zmysłach zajmie się zdobywaniem pożywienia. Mimo wszystko, ów człowiek odczuwa potrzebę rozwoju wewnętrznego, do którego niezbędna jest możliwość nauki, wszak „nie samym chlebem żyje człowiek". Jednak by była ona efektywna, wcześniej wypadałoby zjeść tą przysłowiową „kromkę chleba". Choć w kołchozie zapewniono dzieciom dostęp do szkoły, zapomniano o tej prostej zasadzie, że aby wyedukować dziecko, najpierw trzeba zapewnić mu normalne warunki do życia a w końcu rozwoju - zaspokoić jego podstawowe potrzeby10. Zgodnie z hierarchią potrzeb wg Masłowa11, ludzie dążą do zaspokajania zespołu potrzeb, zaś potrzeby te tworzą logiczną hierarchię rozpoczynającą się od potrzeb niższego stopnia (głód czy pragnienie), których zaspokojenie redukuje niedobory w systemie fizjologicznym, a kończącą się wyższego stopnia potrzebami osobistymi i abstrakcyjnymi (w tym potrzeby edukacji i samo rozwoju). Następstwem hierarchicznego układu potrzeb jest to, że niezaspokojenie potrzeb niższego rzędu, będzie naruszać ustaloną równowagę organizmu człowieka, zaś ich zaspokojenie będzie tę równowagę przywracać i stan napięcia zniknie. Oznacza to, że realizacja potrzeby z każdego kolejnego poziomu hierarchii jest możliwa pod warunkiem zaspokojenia potrzeby z poziomu niższego, czyli dopiero po zaspokojeniu potrzeb fizjologicznych i bezpieczeństwa pojawiają się potrzeby przynależności i uznania, a potem - potrzeba samorealizacji. Nikt głodny i bez ubrania nie będzie uczył się czy pracował jedynie dla samej idei.

Niezaspokojenie podstawowych potrzeb jest więc głównym czynnikiem degradującym, prześledźmy jak to wyglądało w życiu pana Czerneckiego: Potrzeby fizjologiczne: już podczas transportu do Kazachstanu poznał uczucie głodu, pragnienia. Na miejscu zmuszony był żyć w nieludzkich warunkach, pośród brudu i szerzących się chorób. Potrzeby bezpieczeństwa: poczucie bezpieczeństwa zostało zakłócone przez wybuch II wojny światowej i deportację do Kazachstanu. Bezpiecznie nie będzie się czuło dziecko, którego życie zmienia się tak gwałtownie, które odczuwa brak odzieży, widzi bezsilność matki wobec wszechmocnej władzy, a każdy dzień stanowi dlań wielką niewiadomą.

Potrzeby przynależności do grupy: w chwili przybycia do kołchozu, do innego kraju, potrzeba kontaktu z innymi osobami była szczególnie silna. Choć początki były trudne - barierę stanowiło negatywne nastawienie miejscowych, a co najgorsze miejscowych dzieci, które bywały agresywne i nienawistne, czy obcy język -przeszkody udało się pokonać i Ryszard wraz z mamą zostali zaakceptowani. Jednak nie udało się przekonać do siebie wszystkich i najzagorzalsi wrogowie pozostali. Potrzebę tę w dużym stopniu zaspokajała pani Maria, gdyż jako matka obdarzała syna miłością, uczuciem, jakie jest niezbędne do normalnego funkcjonowania.

Potrzeby uznania i potrzeby samorealizacji: żadna z nich nie mogła zostać zaspokojona, gdyż jako zesłańcy pozbawieni byli wolności, czyli niezależności niezbędnej do uzyskania pełni szczęścia - zaspokojenia tych wyjątkowych potrzeb. Tylko ich zaspokojenie zapewnia fizyczne i psychiczne zdrowie , rozumiane jako: sprawność biologiczna, długowieczność, dobry sen, apetyt, ale też poczucie szczęścia, pogoda ducha i bogate życie wewnętrzne. Tak więc teoretycznie, życie pana Czerneckiego zostało zdegradowane od samych podstaw i o jego prawidłowym rozwoju nie powinno być wręcz mowy. Zaniedbano przecież jego potrzeby na wszystkich poziomach, zaspokajano je w minimalnym stopniu tak, by mógł przeżyć.

Przyszedł rok 1941, a wraz z nim parę innowacji. Po pierwsze, wybuchła wojna radziecko-niemiecka oraz podpisano układu Sikorski-Majski, który zaowocował amnestią dla Polaków pozbawionych wolności na terytorium ZSRR13. RodzinaCzerneckich nie skorzystała z zaistniałej możliwości przeniesienia się na inne tereny, natomiast zmienili miejsce zamieszkania w obrębie kołchozu: przeprowadzili się doprzestronnej ziemianki, którą będą dzielić jeszcze z czteroosobową rodziną polsko-ukraińską: babcia i młoda kobieta z dwójką dzieci. Ich nowe lokum składało się ztrzech pomieszczeń: przedsionka, sypialni i kuchni. Wewnątrz, na ścianie nad łóżkami zawisł obrazek Matki Boskiej Karmiącej, do której modlili się i prosili o pomoc wciężkich chwilach. Wokół ziemianki uprawiali mały ogródek, który w miesiącach wiosenno-letnich był dodatkowym źródłem pożywienia. Maria z wrodzoną sobie gotowością do pomocy w ciepłym okresie, przyjmowała pod swoje poddasze dzieci,których rodzice pracowali przy kolei i nie mieli gdzie pozostawić swych pociech.Zapewniała im opiekę oraz pożywienie (niezastąpiony ogródek!).

Niejednokrotniesama głodowała i potrzebowała pomocy, dlatego gdy tylko była w stanie, dzieliła się tym, co miała. Jej szlachetność nie była obojętna innym, kiedy przychodziła zima i nie miała możliwości nakarmić syna, ofiarną dłoń wyciągali miejscowi, którzy choć sami nie opływali w dostatki, potrafili odstąpić garść słonecznika czy szklankę pszenicy. Mieszkający tam, zwłaszcza starsi, Rosjanie byli ludźmi uczciwymi, rzetelnymi, odobrym sercu. Pośród miejscowej ludności (Kazachowie) panował piękny zwyczaj „Teraz ja pomagam, potem inni mnie pomogą". W imię tej zasady nawet najbiedniejsza rodzina nie odmawiała poczęstunku gościowi przebywającemu pod ich dachem.Nieważne, jak byli biedni i jak skromną strawą częstowali przybysza, nieraz była to po prostu ciepła herbata (czaj), liczył się sam fakt, iż nie odmówili gościny. Tak więc,częstokroć dzięki tej skromnej ofierze Kazachowie, ale i miejscowi niejednokrotnieuratowali życie głodnemu zesłańcowi. Wśród tak zróżnicowanej społeczności nietrudno było i o czarne owce. Do ich stada należeli głównie zarządzający kołchozem służbiści.

Myślę, iż jest to trafny przykład na to, że największe zło nie dzieje się wcale w obozach pracy, obozach koncentracyjnych, wreszcie w miejscach zagłady takich jak Katyń czy Ostaszków. Tam spotykamy się tylko z jego końcowym rezultatem. Prawda jest taka, że rodzi się ono i jest wprowadzane w życie (poprzez masy wniosków, dyskusji, wreszcie protokołów i dokumentów) w eleganckich, dobrze oświetlonych, ogrzanych, przestronnych biurach, gdzie na kolację serwuje się kawior i pije najdroższe trunki, przez żądnych władzy ludzi w białych kołnierzykach, którym obce jest uczucie głodu, pragnienia czy zimna. Z podejmowanymi przez nich decyzjami, nie ma nic wspólnego podlegający im szary obywatel, który wielokrotnie będzie musiał robić coś wbrew sobie, wbrew podstawowym prawom etyki. Dlatego zanim osądzimy cały naród, zastanówmy się, czy tego typu ocena nie będzie krzywdząca. Odpowiedzialność zbiorowa nigdy nie będzie sprawiedliwa, w grupie oskarżonych zawsze znajdzie się ktoś niewinny.

Kolejnym ważnym wydarzeniem w życiu dziesięcioletniego już Ryszarda było rozpoczęcie przez niego pracy. Pracował na fermie wraz z innymi dziećmi przy wypasie bydła, owiec lub dzikich koni. Woził zboże wozem zaprzęgniętym w woły na stację kolejową. Życie nabierało barw wraz z nadejściem wiosny. Był to okres rozpoczęcia się prac polowych, ale i dostatku pożywienia. Kwitnący step wyglądał cudownie, a jego owoce smakowały wyśmienicie. Ryszard jadał wtedy szczaw, lebiodę, a jak dopisało szczęście, znalazły się i jaja dzikich kaczek. Największe wrażenie robił na nim widok powracających z pracy kołchoźników. Słońce układało się już do snu, a z dala, z wysokiej na metr trawy wyłaniał się wóz zaprzęgnięty w woły a na nim grupka śpiewających.

Nadszedł okres załamania, po ewakuacji armii Andersa i polskich rodzin do Iraku zaczęto traktować Polaków jak zdrajców. Tego roku w ich ziemiance pojawił się nowy domownik, Maria urodziła syna, który otrzymał od niej imię Jakub. Od tej pory obowiązki Ryszarda powiększą się, jego pomoc dla mamy będzie nieodzowna. Wychowanie tego szkraba w dużej mierze będzie zależało właśnie od Ryszarda... Kiedy mamusia była w pracy, Ryszard opiekował się bratem, duże oparcie otrzymywali od swoich współlokatorek, a w szczególności od starszej Ukrainki, nowej „babci". W tamtym czasie Ryszardowi bardzo pomagało wspomnienie tatusia i dziadka. Ich rolę starała się zastąpić Maria, musiała być dla swoich synów i matką, i ojcem. Ryszard, żyjąc w tak ciężkich warunkach, zrozumiał częstokroć powtarzaną przez dziadka maksymę: „co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj a co masz zjeść dzisiaj, zjedz jutro/' Była ona szczególnie aktualna w okresie zimowym, kiedy nie było możliwości podjęcia jakiejkolwiek pracy, gdyż nie pozwalały na to warunki pogodowe. Cały świat wyglądał tak samo, wokół sama biel, wszystko schowane pod białym puchem, jaka szkoda, że nie można zrobić z niego pierzyny, jak by się teraz przydała. Cienki sweterek i zniszczone buciki nie są w stanie uchronić przed mrozem. Dlatego zimę spędzali odizolowani od świata w swojej ziemiance, licząc się z każdym okruszkiem chleba, z każdym ziarnem pszenicy, gdyż mógł to być ich ostatni posiłek.

Jak każde dziecko na świecie miał marzenia. Marzymy o rzeczach dla nas nierealnych, nieosiągalnych, których nie posiadamy i nie mamy możliwości otrzymać. Rozmyślamy, co by było gdyby... Pragnieniem Ryszarda było, nie martwić się już więcej o brak jedzenia, nigdy więcej nie głodować, nie marznąć i wrócić do Polski -„krainy mlekiem i miodem płynącej", ojczyzny, kraju, krainy wręcz idyllicznej, o której z takim przejęciem opowiadały mieszkające tu kobiety. Tam, gdzie zamiast kołchozu, istnieją piękne miasta, miasteczka i wioski, gdzie żyje się w normalnych domach, zbudowanych z cegły, a nie jakiejś darniny14, gdzie przy wspólnym stole spotyka się cała rodzina, by zasiąść do przepysznej kolacji, gdzie dzieci chodzą do szkoły, później bawią się ze swoimi rówieśnikami, a pracą zajmują się dorośli, gdzie praca przynosi radość, gdyż choć męcząca, jest sowicie wynagradzana.

Życie z nieustającym uczuciem głodu było gorsze niż śmierć. Ludzie świadomi byli, iż wraz z nią przyjdzie wyzwolenie, a mimo to panicznie się jej bali. Głód oznaczał powolną agonie, którą starali się wydłużyć, by dać sobie szansę na lepsze życie jeszcze tu na ziemi, w Polsce. Mówi się, że nadzieja jest matką głupich, uważam jednak, iż dzięki tej matce, wielu udało się wrócić do ojczyzny. Nadzieja daje siłę, która pozwala walczyć z trudnościami dnia codziennego, dnia, z którym niejednokrotnie wiązało się cierpienie i upokorzenie. Takie warunki wymagały od człowieka wewnętrznej siły, by przezwyciężyć trudności, były też siłą motywującą. Świadomość, że jeśli na nic nie zapracuję, to nic nie zjem, sprawiała, iż sami zabiegali o pracę. Wydawać by się mogło, że reguła ta nie powinna dotyczyć dzieci, dla których tak ważny jest okres dzieciństwa. Konfrontacja z rzeczywistością była niestety bolesna. Dzieci rozpoczynał prace w wieku 10 lat, w okresie w którym powinno się uczyć, a co najgorsze w okresie ich rozwoju fizycznego, podczas którego wykonywanie prac fizycznych grozi daleko idącymi konsekwencjami odbijającymi się na zdrowi uipóżniejszym życiu.

Okres 1943 -1944
Rok 1943 okazał się najgorszym w życiu Ryszarda. Zima była wyjątkowo sroga, a zapasy bardzo małe i szybko się skończyły. Widmo głodu zawisło nad ich wsią, a jak by tego było mało, coraz więcej ludzi zaczęło chorować. Wyniszczone, słabe i niedożywione organizmy nie były w stanie się bronić i choroba brała nad nimi górę. Rozprzestrzenianiu się zarazy sprzyjały złe warunki sanitarne, brud i wszy, wszystko wskazywało na to, że wybuchła epidemia tyfusu. Zorganizowano oddział sanitarny z felczerem kołchozu na czele, w opiece nad chorymi pomagała mu Maria, dopiero w tak skrajnej sytuacji doceniono jej pielęgniarskie kwalifikacje. Jednym z jej pacjentów był Ryszard, jako pierwszy z mieszkańców ich ziemianki przeszedł tę chorobę. Kiedy doszedł do siebie, był jedynym zdrowym człowiekiem w niej zamieszkałym. Gdy choroba dotknęła również jego mamę, jej obowiązki przeszły na niego. Jako dwunastoletni chłopiec musiał pracować na tyle, by móc utrzymać 7 osób: siebie, brata, mamę i zamieszkałych z nimi: dwójkę dzieci z mamą i babcią. Na szczęście babinka lekko przeszła tyfus i mogła zająć się chorymi podczas nieobecności Ryszarda. Była to dla niego prawdziwa lekcja życia, zaistniała sytuacja wymagała od niego odpowiedzialności za drugiego człowieka, wytrwałości i dojrzałości. Z Marią było coraz gorzej, miała bardzo wysoką gorączkę, pewnego dnia straciła przytomność. Kiedy po paru dniach otworzyła oczy, poprosiła syna, by podał jej do ucałowania obrazek Matki Boskiej Karmiącej. Pomyślała, że skoro do tej pory Najświętsza Panienka pomogła jej przeżyć w tych koszmarnych warunkach, to, dlaczego teraz miałaby o niej zapomnieć? Przecież wie, że musi żyć choćby dla swoich synów. Ryszard podał mamie obrazek, który półprzytomna kobieta z ledwością zdołała pocałować, zasnęła. Matka Boska przypomniała Rysiowi o dziadku, do którego postanowił napisać list, chciał poinformować rodzinę mieszkającą na Wołyniu o fatalnej sytuacji i poprosić o pomoc. Zanim list dotarł na miejsce z pomocą przyszedł mu ktoś inny, felczer. Wiedział on, jaka wielka odpowiedzialność spoczywa na tym chłopcu i w jak ciężkim stanie jest jego rodzina, dlatego przyprowadził do ich ziemianki przewodniczącego kołchozu, prosząc go o jakąkolwiek dla nich pomoc. Człowiek ten nie miał serca z kamienia, więc wypisał dla wszystkich przydział mleka. Teraz każdego ranka Ryszard udawał się na fermę, gdzie otrzymywał cenny napój. W domu rozcieńczał go z wodą, by starczyło dla wszystkich, a czasem gotował na nim skromną zupkę z pszenicą lub kaszą zmieloną na żarnach. Dzięki takim posiłkom wszyscy wyzdrowieli.

Wydarzenia te skłaniają mnie do zastanowienia się, jak ludziom tym udało się przeżyć. Przecież, zapoznawszy się z zaistniałą sytuacją - brak odpowiednich warunków sanitarnych, stosownej opieki lekarskiej i medykamentów - można śmiało stwierdzić, iż było to mało prawdopodobne. A jednak udało się, widocznie wola przetrwania była silniejsza niż choroba. W tragicznej sytuacji Maria nie traciła wiary w opiekę swojej imienniczki, mogła polegać na synu, dzięki którego dojrzałej postawie udało się przeżyć. Jej zdeterminowana walka o życie wspomagana była nie tylko uczuciami macierzyńskimi, ale i wspomnieniem ojca i Polski. Każde spojrzenie na wizerunek Matki Boskiej Karmiącej, który otrzymała od taty przypominał jej, że tak jak Mata Boska musi stawić czoła przeciwnościom, zapewnić synom miłość, opiekę i pożywienie. Medalion ten odsyłał ją wspomnieniami do lepszej, zupełnie innej rzeczywistości, do miejsca skąd pochodzi, a także budził nadzieję, że Matka Chrystusa czuwa nad jej rodziną i nie pozwoli, by stało się im coś złego.

Po przebytej chorobie życie troszeczkę się polepszyło, okres ogromnego głodu nareszcie się skończył. Dużą szansę na poprawę i być może powrót do Polski Maria widziała w utworzonym niedawno Związku Patriotów Polskich, który miał udzielać pomocy m.in. rodzinom, których mężowie lub synowie służyli w jednostkach polskich czy w Armii Czerwonej. Zapisała się do tej organizacji i dzięki ZPP otrzymywała paczki żywnościowe, otrzymywała odzież i obuwie dla synów. Z powstaniem ZPP wiązała się również zmiana nastawienia władz do Polaków, wyraźnie się one polepszyły, gdyż jego program polityczny opowiadał się za "wolną Polską połączoną braterskimi więzami z ZSRR".

Od epidemii minął już rok, przyszła wiosna, a wraz z nią na stepie pojawiły się zwierzęta. Do ziemianki Ryszarda zawitało jedno z nich, malutki ptaszek. Stworzonko przysiadło przy oknie i zaczęło uderzać dzióbkiem w szybę. Przesądna babina zaczęła prorokować: „oj przyjdzie jakaś wiadomość". Nie minęło parę dni, jak Ryszard otrzymał list z Wołynia, na który tak wyczekiwał od choroby mamy. Niestety, nie odpisał mu dziadek, nie mógł, już nie żył. List odebrał i później na niego odpisał dawny kolega, na którego spadła niewdzięczna rola zawiadomienia o tragicznych losach rodziny Czerneckich pozostałych na Wołyniu. Dziadek z częścią rodziny zginęli z rąk Ukraińców, ci, którzy mieli więcej szczęścia, wyjechali za Bug na tereny ówczesnej Polski.

Czy to nie paradoks, że ludzie, którzy uchronili się przed deportacją i pozostali w swoich rodzinnych domach, rozpaczając nad losem swoich bliskich, ciesząc się jednocześnie, że ominęło ich przesiedlenie, szybciej i w tak barbarzyński sposób stracili życie. Zaś ci, którzy z początku wydawali się być w gorszej sytuacji, częstokroć ocaleli i powrócili do Polski. Cena, jaką przyszło im płacić za wyzwolenie, była ostatecznie zbyt wysoka i wspomnienie wyrządzonych krzywd ciągnie się za nimi po dziś dzień. Sądzę, że nie mamy prawa osądzać, kto znalazł się w lepszym czy gorszym położeniu. Wszyscy ci ludzie w równym stopniu zostali pokrzywdzeni przez najgłupsze ludzkie przedsięwzięcie, jakim jest wojna. Wszyscy, chcąc tego czy nie, stali się jej ofiarami.

Okres 1945 -1946
Po pięciu latach Ryszard przywykł do warunków życia panujących w kołchozie, wiedział, gdzie latem szukać jedzenia, że musi pracować, jak dotrzeć nad pobliski staw i z kim może pozwolić sobie na bliższe kontakty. Po tych latach przekonał do siebie wielu ludzi, ale byli też i tacy, z których wrogością nie mógł sobie poradzić. Nie załamywał się, wciąż pracował, pomagał mamie i dawał wiarę jej obietnicom, że już niedługo opuści to miejsce i już nikt nie będzie szykanował go za to, że jest Polakiem. Po zakończeniu wojny słowa te nabrały nowej siły, myśl o wyjeździe towarzyszyła wszystkim każdego dnia. Trzy miesiące po wyzwoleniu ziem przyszłego państwa polskiego spod okupacji niemieckiej nastąpiło przełomowe wydarzenie, dzięki któremu wizja powrotu do ojczyzny stała się realna. I tak na podstawie umowy z 6 lipca 1945 r. między Tymczasowym Rządem Jedności Narodowej i Rządem ZSRR o "prawie zmiany obywatelstwa i ewakuacji osób narodowości polskiej i żydowskiej zamieszkałych w ZSRR", rząd ZSRR wyraził zgodę na zmianę obywatelstwa osób narodowości polskiej i żydowskiej, obecnie przebywających na terenie ZSRR, więc i w Kazachstanie, a posiadających obywatelstwo polskie do 17 września 1939 r. "zgodnie z wyrażonym przez nie życzeniem i zezwolił im na przesiedlenie się na terytorium Polski" (art. l ust. 1). Prawo przesiedlenia przyznano również członkom rodzin, niezależnie od ich narodowości, zgodnie z wyrażonym życzeniem przesiedlenia. Przesiedlenia miały się odbyć do końca 1945 r.16 Dzięki podpisaniu tej umowy Maria mogła wrócić do Polski z Ryszardem, ale i zabrać ze sobą Jakuba urodzonego na terenie ZSRR. Na tę chwilę będą musieli poczekać jeszcze rok. Cały czas pracowali, nie chcieli stwarzać żadnego pretekstu, by nie wyrażono zgody na ich repatriację.

Wraz z nadejściem 1946 roku emocje sięgały zenitu, Maria załatwiała dokumenty potrzebne do wyjazdu i z niecierpliwością wyczekiwała tej chwili; nareszcie jej modlitwy zostały wysłuchane. I wreszcie nadszedł ten długo wyczekiwany dzień 1946 roku. Przed wyjazdem odbył się wiec pożegnalny, na który to specjalnie przygotowano mały ołtarzyk, gdzie przybyły z innego obwodu pop odprawił pożegnalną mszę. W uroczystości licznie uczestniczyła ludność miejscowa, serdecznie żegnano swych dotychczasowych sąsiadów, życząc im szczęścia w raju, do którego się udają. Po otrzymaniu błogosławieństwa, Polacy usiedli na przygotowanych im wozach i mieli już odjeżdżać na stację, gdy... do wozu podbiegł młody Rosjanin, zapłakany koniecznie chciał porozmawiać z Ryszardem. Nasz bohater nieufnie zareagował na tą sytuację, ponieważ dobrze znał tego chłopaka, to od niego dostawał największe razy i to od niego słyszał największe obelgi, czyżby na pożegnanie chciał mu dać jeszcze prztyczka w nos? Wszystkiego można się było domyślać, ale nie tego, iż ten dziewiętnastolatek chce przeprosić za wyrządzone przez siebie krzywdy. Prosił o wybaczenie, o złożenie kwiatów i modlitwę przy grobach poległych w Polsce Rosjan, wśród zabitych spoczywa ciało jego ojca i dziadka. Ryszard przebaczył.

W tak niespodziewany sposób Ryszard pożegnał kazaską ziemię. W drogę zabrał ze sobą medalion Matki Boskiej, która przez całe 6 ciężkich lat była z nimi. Podróż do Polski, choć odbywała się w tych samych wagonach co zsyłka, wyglądała zupełnie inaczej. Była całkowitym przeciwieństwem podróży sprzed sześciu lat. Tym razem nikt nie zaryglował drzwi, świeże powietrze napełniało płuca szczęśliwców, którzy śpiewali polskie pieśni narodowe, religijne, ale i zwykłe przyśpiewki byle w języku polskim. Dwa razy dziennie otrzymywali ciepłą strawę, mieli zapewnioną zupę, chleb i „kipiatok". Miesięczna podróż była najszczęśliwszą podróżą w życiu tych ludzi. Jechali ze świadomością, że po wielu latach na zesłaniu przyjdzie im zobaczyć ukochaną ojczyznę, że otrzymają to, co niegdyś utracili - swoją Polskę, ich dom. Ich patriotyzm i nie do opisania wewnętrzna tęsknota za Polską, najpiękniej wyrazili zaraz po przekroczeniu granicy w Brześciu. Gdy pociąg zatrzymał się na stacji w Białej Podlaskiej, ludzie, wysiadłszy z wagonów, jeden za drugim zaczęli klękać i całować polską ziemię. Po okazaniu szacunku dla swej ojczyzny wsiedli do wagonów, które zmierzały już w głąb nowego państwa.

Dnia 6 czerwca 1946 roku przybyli do Gryfina koło Szczecina, stamtąd zawieziono ich na tzw. Ziemie Odzyskane, do małej miejscowości Swobnica, gdzie otrzymali dom. Choć splądrowany i zniszczony, najważniejsze, że był teraz ich. Z pomocą nowych sąsiadów umeblowali go skromnie i pełni optymizmu mogli rozpocząć nowe, lepsze życie. Maria dostała pracę w Gryfinie jako pielęgniarka. Po roku odnaleźli rodzinę, która przeżyła pacyfikację Ukraińców na Wołyniu. Ryszard z bratem przeprowadził się do Ciechocinka, do wujka. Ponownie zamieszkali razem z mamą we Wrocławiu w roku 1948, gdzie Ryszard ukończył szkołę średnią. Kiedy odbył służbę wojskową, wrócił do Wrocławia i tam na placu l Maja, dnia l maja poznał swoja przyszłą żonę. Później przeniósł się do Turowa, gdzie pracował w kopalni węgla kamiennego. Ostatecznie w 1970roku zatrudnił się na kopalni Zofiówka jako elektryk w rozwijającym się mieście górniczym, Jastrzębiu Zdroju, gdzie osiadł na stałe. Tu wychował trójkę dzieci, a obecnie jest już szczęśliwym dziadkiem.


Napisała: Magdalena Gieglis




Ryszard Czernecki
powrót »