Wspomnienia jastrzębian


powrót »
Dwie okupacje

Okupacja  niemiecka
W listopadzie 1939 wróciłam z Tłumacza, woj. Stanisławowskie , gdzie pracowałam jako wychowawczyni przedszkola. Zamieszkałam w Jastrzębiu Zdroju u matki, gdzie pomagałam jej w małym gospodarstwie. Z szykanami żandarmerii i gestapo spotkałam się od razu, jak i cała rodzinna ze względu na swoją otwartą postawę rodziny polskiej. Jedną z przyczyn nasilających się szykan była ucieczka z niewoli brata-oficera, który do końca wojny ukrywał się i prowadził walkę z okupantem, jako dowódca zgrupowania „Żelbet” w Guberni.
Z pracą konspiracyjną zetknęłam się od razu poprzez miejscowych zapaleńców jak Gerard Malcher, student Politechniki Lwowskiej, Rafał Sitek, młodzież powstańcza i wielu innych. W styczniu 1940 roku zostałam zaprzysiężona przez „Freda”( dopiero w więzieniu w Katowicach dowiedziałam się, że jego nazwisko to Paweł Cierpioł). Wcześniej zaprzysiężona była już moja siostra Katarzyna, która mieszkała razem z matką.
Kontakty konspiracyjne poszerzały się. Dom mojej matki był stale do dyspozycji „ludzi z lasu”. Tu kwaterował Kuboszek, dr Wierchuła, Cierpioł, Wita, Lupa. Tu pracowały w różnym czasie sekretarki: Wanda Bocek i Ewa Sosna. Tu był przechowywany żołd, tu był w stodole magazyn broni. Do moich zadań należało przewożenie meldunków, nieraz broni, szukanie nowych kwater, wyjazdy jako „czujka” na różne spotkania, przywożenie materiałów do fabrykowania kartek żywnościowych (z Zaolzia) czym zajmował się Alojzy myśliwiec. Terem poza Jastrzębiem były miejscowości w woj. Katowicki i Zaolzie.
Praca w gospodarstwie matki, zaangażowanie w konspiracje, sukcesy, strach, niepowodzenia, przeplatane były częstymi „odwiedzinami” niemieckich żandarmów. Aż nadszedł rok 1943 – wielka wsypa na Kątach w Jastrzębiu Górnym i okrutna śmierć Stencla, Obracaja i Woryny, żołnierzy Armii Krajowej, którzy broniąc się w swojej kryjówce zginęli godnie, narażając gestapowców na większe straty. Praca stawała się coraz niebezpieczniejsza, ale nieprzerwana.
W czerwcu 1944 roku, następna obława, której ofiarą padł dom naszych dalszych sąsiadów – Kaniów, z którymi łączyły nas bliskie kontakty konspiracyjne. Kanię zmaltretowanego zabiera gestapo, żona z dzieckiem ucieka i ukrywa się do końca wojny. Wpada w ręce gestapo cały arsenał broni, znajdującej się w bunkrze pod stodołą. Praca staje się coraz bardziej niebezpieczna – gestapo szaleje chcąc stłumić na tych terenach, bez reszty wszelkie objawy oporu. Dom matki staje się coraz bardziej zagrożony, ale konspiracja trwa, a partyzanci nadal przychodzą, choć już tylko nocą. W lipcu wieczorem przychodzi Lupa i Wita, mają przy sobie 2 karabiny, aby wczesnym rankiem stawić się na wyznaczonym przez dowódcę miejscu. I wtedy właśnie, gdzieś po północy dom nasz został otoczony przez miejscową żandarmerię i gestapo. Wita jakimś sposobem zdołał zbiec, natomiast Lupa nie mógł się wywinąć z pułapki, został ujęty przez gestapo, na naszych oczach, okrutnie zmaltretowany, którego później gestapo zabrało.
Zaczyn się dokładna rewizja domu i wszystkich zabudowań. Karabiny, które przynieśli, zdążyłam w początkowym zamieszaniu ukryć w stajni, dosłownie na oczach gestapowca przeniosłam pod szlafrokiem do ustępu, znajdującego się na podwórku. W domu podczas rewizji nic nie znaleziono. Kolej na stodołę, w której znajduje się bunkier z bronią. Wyrzucają dokładnie słomę do reszty, ja z siostrą i chłopcem do pomocy, musimy pomagać. Obrałam stanowisko na samym bunkrze. Gdy dosłownie stoję już na jego deskach, jeden z gestapowców każe nam zaprzestać i zgłasza swemu szefowi, że nic nie znaleziono. Wtedy ugięły się nogi pode mną i na chwilę z radości nie mogłam się poruszyć. Po kilku godzinach, nie znajdując nic obciążającego, gestapo zabiera Lupę i odjeżdżają, nie żałując krzyków i różnych szykan pod adresem matki, siostry i mnie. Powoli wszystko się ucisza i zostajemy same. Taka cisza jest straszna! Czujemy z dnia na dzień jak jesteśmy pod stałą obserwacją. Pomimo to z rozkazu insp. „Plebana” zabezpieczyłyśmy z siostrą i przy pomocy matki, która pełniła rolę obserwatora, zawartość magazynu, zakopując mniejsze skrzynie w pobliskim lesie, zaś broń odnosił do innych skrytek Rafał Sitek z bratem. Za uratowanie i zabezpieczenie zawartości magazynu zostałyśmy z matką i siostrą odznaczone Brązowym Krzyżem Zasługi z Mieczami przez Śl. Komendanta Sił Zbrojnych.

Ravensbruck
Gdy 13 sierpnia 1944 roku budzę się rano z niespokojnego snu stoi nade mną gestapowiec i z krzykiem każe mi się ubierać, siostra jak i matka już ubrane. Już beż żadnej rewizji, popychane krzykiem do pośpiechu prowadzą nas gestapowcy do budynku żandarmerii w Jastrzębiu Zdroju, gdzie znajdują się już odwrócenie do ściany: Błażejewska, Maciończyk Marta, Kopyto i inni. Wszystkich razem pakują do samochodu ciężarowego i wywożą do więzienia w Rybniku. Po kilku dniach wywożą nas do więzienia w Katowicach. Zaczyna się śledztwo i konfrontacje. Co podtrzymywało nas na duchu podczas całej gehenny to myśl, że zeznania nasze nie obciążył nikogo, nawet w najmniejszym stopniu. Z mamą , siostrą czy Maciończykową udaje nam się czasami zamienić słówko. Schorowana mamę z braku dowodów zwolniono – chyba w październiku z więzienia katowickiego. Nas natomiast tj. Maciończykową, siostrę i mnie dołączono do transportu, który z Katowic przez Bytom, Wrocław i dalej wyznaczoną trasą dotarł 24 grudnia 1944 r., w sumie 1 500 więźniarek do obozu w Ravensbruk. Zanim jeszcze przekroczyłyśmy bramę obozu spotkałyśmy grupę więźniów, prowadzonych przez ryczących nad nimi SS-manów. W pasiakach, gołe nogi, na nich drewniaki, zziębnięci, słaniający się, szczuci psami, które wyrywały im razem z kawałkami ubrania i kawałki ciała – oto nasze perspektywy.
Głodne zziębnięte, oszołomione znalazłyśmy się pierwszy raz w szeregach na placu apelowym, oczekujące przez kilka godzin na łaźnię i „odwszenie”. Około 23.00 nadeszła nasza kolejka. Zimny prysznic i ogólna toaleta, całą nasza garderobę zabrano w zamian za suknię i bieliznę 12-latka. Po tej ceremonii dalsze stanie na placu apelowym przy dochodzącym do 30 stopni mrozie. Po północy wprowadzono nas do baraku z desek, oszronionych i oblodzonych od wewnątrz. Skupiamy się żeby choć troszkę ogrzać się własnymi ciałami. Nad ranem dostajemy kocioł zimnej, kwaśniej strawy.
Pierwsze oszołomieni jest tak szokującą ce, że nie pamiętam jaki przebieg miał drugi czy następny dzień. Pamiętam, że robiono nam zdjęcia, było w „Schreibstubie” spisywanie personalii, gdzie otrzymałam nr obozowy 95370. Nie przyznałyśmy się do tego, że jesteśmy siostrami, przydzielono nas na jeden blok, również Maciończykową. I zaczęło się życie bezosobowe – życie numeru.
Budzono nas co dzień rykiem sztubowych o godz. 2.00 w nocy, wypędzanie przez nie na plac apelowy, wynoszenia na apel chorych i zmarłych w nocy, stanie w szeregach na placu apelowym od godz. 3.00 i czekania, aż „nadludzie” zejdą by odebrać apel. Co robić przez 5-6 godz. Stojąc nieraz w rozpaćkanym lodzie, podczas silnych mrozów. Wielojęzyczne najohydniejsze przekleństwa, najserdeczniejsze łzy żalu czy rozpaczy, najgorętsze modlitwy, nieraz otępienie graniczące z obłędem – to wszystko zlewało się w jeden obozowy hymn poranny. Wszystko zamiera w bezruchu, gdy tylko choćby jeden głos się podniesie idą. Wtedy wszystko prostuje się, żeby wypaść dobrze, żeby swoim wyglądem nie przyśpieszyć drogi do krematorium.
Apel skończony - śniadanie. Iż nów nie kończąca się kolejka, zęby dostać chochlę czarnej, gorzkiej kawy i kawałek chleba-gliny na cały dzień, czasem kawałek margaryny albo marmolady. Komanda wychodzące do ciężkiej pracy dostawały po grubszym plasterku końskiej kiełbasy. W jednym z komand, gdzie pracowałam z siostra były warsztaty tkackie. Praca ponad siły, urozmaicona jedynie krzykiem i biciem. Były jednak chwile pełne emocji. Mianowicie – szum zbliżających się samolotów, a następnie alarm. Wtedy wyłączano światło, a my kładłyśmy się na betonie gdzie popadło i wśród anielskiego koncertu bombardujących samolotów śniłyśmy przez chwilę o wolności.
Czarną zmora były dla nas apele, w których nie zgadzała się liczba więźniarek, poszczególnych komand. Jeden z takich apeli trwał od godz. 16.00 do 11.00, czyli 19 godzin. Aż znaleziono w baraku ukrytą, zwinięta w kłębek i śpiącą więźniarkę-anormalną. Głód, ciężka praca, choroby dziesiątkowały obóz, tyfus królował. Brak wody do picia, do mycia czy prania, otwarte doły kloaczne, słaniające się więźniarki wpadały do wydzielin ludzkich, brudząc się straszliwie, a potem bez mycia stawały w kolejce za chlebem. Mdlił słodki odór dymu z palących się bez przerwy pieców krematoryjnych. Piece nie mogły nadążyć, szczególnie pod koniec, gdy to codziennie przychodziły nowe transporty z Oświęcimia i innych obozów. Jak piekielne wprost były warunki w obozie w Ravensbruck, niech będzie posłyszana przeze mnie rozmowa ewakuowanych więźniarek z Oświęcimia: „Oświęcim w porównaniu do Ravensbruck to było sanatorium (szczególnie w ostatniej fazie).
Gdy obóz nie mógł pomieścić napływających transportów, władze obozowe zarządziły dodatkowy apel przy przyjściu komand z pracy. Ustawione piątkami kolumny maszerowały przed grupą SS-manów z lekarzem na czele. Jedno poruszenie palca lekarza wywoływało daną więźniarkę, zależnie od humoru kata , co oznaczał – piec. Wywoływane więźniarki prowadzono na blok B i pod wieczór codziennie ustawiano kolumnami, odprowadzane były pod krematorium. Wystarczyło widzieć i słyszeć choćby jedną taką kolumnę ( przechodziły codziennie obok mojego bloku) żeby widok jej wżarł się w mózg, w krew, w całą jaźń człowieka – chyba do końca życia.

Wyzwolenie obozu i powrót do domu
Jaki był koniec obozu - jaki sposób naszego wyzwolenia. Gdy front nadchodził, władze obozowe likwidują w największym pośpiechu wszelkie ślady swoich nieludzkich poczynań. Komando śmierci ma pełne ręce roboty- spalić na czas wszystkie trupy, a piece nie mogą nadążyć. Zaczyn się ewakuacja obozu. Trudno sobie wyobrazić coś potworniejszego. SS-mani się wsiekają, więźniarki podniecone do obłędu, co dzień otwiera się brama dla wychodzących w nieznane transportów. Gdy front słychać już zupełnie blisko więźniarki nie chcą już dołączyć do transportów. Strzelanina gonitwa, po ciemnych blokach, gdyż światła już nie ma, chowamy się pod pryczami, gdzie kto może. Wychodzimy z siostrą w jednym z ostatnich transportów. Prowadza nas w niewiadomym kierunku aż wreszcie dołączają do taboru wojennego. Musimy iść gęsiego jako osłona taboru przed bombardującymi samolotami. Ginie wtedy dużo niemieckich żołnierzy, no i więźniarek. Uciekają też stopniowo nasi „opiekunowie”. Podczas straszliwego bombardowania pewnego miasteczka ucieka reszta SS-manów i zostajemy same, wycieńczone bez reszty, głodne wystraszone. Małą grupką dostajemy się do opuszczonego przez gospodarza majątku, w którym był na robotach Rosjanin. Tam zatrzymałyśmy się i tam zastał nas front. Obdarzone przez żołnierzy radzieckich chlebem i dobrym słowem zaczynamy odwrót. Szykujemy w ogromnym podnieceniu biało-czerwoną chorągiewkę. I ta ma nas zaprowadzić do wolnej Ojczyzny. I zaprowadziła po przeróżnych tarapatach. Przeważnie na piechotę przemierzamy kilometry przez Meklemburgię, Szczecin, promem przez wzburzoną Odrę, aż do Poznania, do Katowic pociągiem w bydlęcych wagonach. Podczas postoju w Katowicach szerzy się okrutna pogłoska, że nie ma po co wracać do domu - wszystkich AK-owców aresztują. Ryzykujemy z siostrą i pociągiem przez Rybnik dostajemy się do Wodzisławia - dalej pociąg nie jedzie – mosty zerwane. Idziemy na piechotę 10 km. W łachmanach obozowych z tobołkami na plecach, skrwawione stopy, owinięte szmatami – 37 kg żywej wagi utrzymuje jeszcze przy życiu niczym nie złamany upór od początku: ja muszę wrócić ! i dobijamy celu – wracamy razem z siostrą. Pod wieczór – godz. 20.00, gdy stajemy na progu rodzinnego domu sparaliżowane szczęściem stoimy, nie wiedząc co dalej robić, żeby nagłym zjawieniem się nie spowodować ataku serca schorowanej matki. Choć jest już ciemno idzie wprost na nas z drugiej strony podwórka – my stoimy jak dwa słupy soli. Jeden okrzyk – „Dzieci moje zaczyna śpiewać ze łzami w oczach : „Ciebie Boże wielbimy..” i z tą pieśnią prowadzi do domu. Było to 19 mają 1945 roku.
A potem zaczęły się jakieś dziwne dni szczęścia, a równocześnie strachu – czy to jest naprawdę rzeczywistość, czy tylko sen, po którym nastąpi ta straszna rzeczywistość . I to ciągłe i stałe poczucie głodu, które towarzyszyło już przez kilka lat, a które nie dało się niczym zaspokoić.
Towarzyszka naszej niedoli wdowa Marta Maciończyk, patriotka i chrześcijanka, jakiej już nie spotkałam nie wróciła z nami. Ciało jej zostało spalone w krematorium. W domu zostawiła 4 dzieci w wieku szkolny, które już nigdy nie zawołają mamo. Historię jej gehenny z bólem opisałam zaraz po powrocie do domu i z bólem wręczyła dzieciom, żeby historia ich matki była im wzorem i dodawała sił na cale życie.
Dla nas zaczęła się nowa rzeczywistość – nareszcie życie w domu, w Ojczyźnie. Najpierw powolne ratowanie zdrowia fizycznego i psychicznego. Były radości z wzajemnych spotkań, były smutki, bo brak było tych, którzy nie wrócili z obozów czy w różny sposób zostali zlikwidowani przez hitlerowców. Przyszedł kiedyś i „Pleban”, jak dowiedział w rozmowie polecił mi, aby gdy przyjedzie do mnie „Czarna” skontaktowała ją z Lojzikiem i to przy okazji zrobiłam. Dowiedziałam się później od Lojzika, że chodziło jej o wydanie kilku sztuk broni z bunkra, do którego tylko on miał dostęp. Naturalnie o wydanie z polecenia „Plebana”. Odtąd się z „Czarną” nie widziałam.
Życie toczyło się nadal. Praca w gospodarstwie, przystosowanie do nowych warunków, ale jakoś spokoju nie było. Ciągle jakieś łapanki, aresztowania, władze sowieckie chcą wszystko i wszystkich dostosować do swoich rozkazów. AK-owcy , kto może nie przyznaje się do swojej działalności. Był to okres generalnej rozprawy z Armią Krajowa, szczególnie z dowódcami AK. Miedzy innymi aresztowano moich 2 braci w różnych odstępach czasu.
Aż kiedyś - chyba to wrzesień 1947 roku - w nocy, ktoś rzuca piaskiem okno i woła „Hanulko”. Poznałam głos „Czarnej”. Pora niewłaściwa, ale podeszłam otworzyć drzwi. Widzę, że z „Czarną” jest jakaś pani, a za nią mężczyzna. - „Hanulko” jestem aresztowana, muszę jeszcze raz spotkać się z Lojzikiem”. Żeby nie robić zamieszania , bo mama moja już się obudziła , wyszłam przed dom. Teraz już ta pani ponaglała i do spotkania z Lojzikiem doprowadziłam Teraz mnie odsunięto, ale czułam, że jestem obserwowana i jak spod ziemi znalazło się kilku mężczyzn. Co działo się później nie widziałam, ale czułam, że penetrują bunkier. O bunkrze w lasku Lojzika wiedziałam z czasów konspiracji. Jak długo ta penetracja trwała nie wiem, aż ta pani każe mi iść ze sobą i mężczyzną. Gdy mamy już przechodzić koło domu matki, pytam tej pani czy mogę iść do domu, do matki. Jest noc a, ona sama. I odpowiedź: „Naturalnie niech pani idzie do domu”. I poszłam niepewna - a oni poszli dalej, w kierunku Jastrzębia.
Przeżyłam tę noc, jako koszmarny sen, bo też jak sen minęła beż żadnych następstw. Tak samo Lojzika miał spokój – wezwano go wprawdzie za kilka dni do Urzędu Bezpieczeństwa do, Katowic,a le po kilku mało znaczących pytaniach kazano mu wracać do domu. Choć z wewnętrznym drżeniem wrócił i już do śmierci nikt go nie pytał.

Życie w ukryciu
Aż gdzieś z początkiem listopada 1947 roku przyszedł do mnie do domu miejscowy znajomy milicjant z poleceniem, że ma mnie przyprowadzić na miejscowy posterunek dla jakiś wyjaśnień (tam czekało UB nie mogąc przyjechać samochodem do domu z powodu nieprzejezdnej drogi). „Moja odpowiedź - Panie Mazur - mnie nie było w domu” - powiedziałam. Milicjant poszedł, a ja jak stałam wyszłam z domu do Rafała i Anny Sitków. Myślałam: doczekam o co chodzi i wrócę do domu. Byłam jeszcze u Szulików blisko kościoła, gdzie odwiedziła mnie moja siostra Katarzyna. Był spokój nikt się o mnie nie pytał i po jakimś czasie wieczorem siostra zabrała mnie do siebie, nie do matki. Nie pamiętam, jak długo tam byłam.
Aż w końcu zaczęła się nagonka. Wizyta miejscowej władzy u matki. Przesłuchiwania sąsiadów odnośnie mojej osoby i wtedy zrozumiałam, ze muszę te tereny natychmiast opuścić.
I zaczęła się moja tułaczka (przez 9 lat), Przez różnych znajomych, po różnych miejscowościach ścigana jak zbrodniarz, aż znalazłam się w małej miejscowości pod Krakowem. Tam miejscowy proboszcz szukał kogoś do przepisywania ksiąg metrykalnych, czego żądały w owych czasach urzędy cywilne. Znajoma, u której chwilowo przebywałam poleciła mnie. Proboszcz Ojciec Tytus, który mnie przyjął stał się odtąd dla mnie narzędziem Opatrzności Bożej. Pracę, utrzymanie i dach nad głowa miałam na jakiś czas zapewnione. Postarał się nawet dla mnie o dowód osobisty po zmarłej kiedyś lwowiance. Byłam odtąd Marią Puławską, urodzoną we Lwowie. Niestety po jakimś czasie, władze zakonne, zgodnie z regułą muszą zmieniać miejsca pobytu O. Tytus został przeniesiony w poznańskie, do Krzyża. Ja swoją pracę skończyłam, przyszedł nowy proboszcz, więc podziękowałam. I znowu tułaczka, tym razem po znajomych katowickich.
Tam byłam krótko, bo pewnego dnia staje w drzwiach moje „narzędzie Opatrzności Bożej – O. Tytus”. I bez żadnych wstępów mówi do mnie: „Jedziesz zaraz ze mną, nie mam gospodyni, katechetki,kancelistki. Mam natomiast puste probostwo i wikarego i parafię w ramach 40 km, z kilkoma kaplicami do obsługi”. I pierwszym pociągiem, jaki jechał w kierunku Poznania pojechaliśmy. W Krzyżu zameldowałam się w urzędzie - miałam już dowód osobisty. Zadomowiłam się na na probostwie jako kuzynka. I odtąd zaczęłam oddychać Bożą atmosferą i pracować bez reszty dla parafii. O . Tytus był mi prawdziwym ojcem i opiekunem,a parafianie od razu przylgnęli do mnie. Byli to przeważnie repatrianci ze Lwowa, Tarnopola, Kołymy. W krzyżu byłam już z końcem 1948 r. był to jeden z piękniejszych okresów mego życia.

Październik 1956 - ujawnienie
Tak nadszedł październik 1956 roku. Tzw. odwilż. Brat „Kordian” ściągnął mnie do siebie, do Katowic, gdzie mieszkał z rodziną, (brat ujawnił się wcześniej). Już z odpowiednimi władzami omówił sprawę mego ujawnienia. Razem poszliśmy do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Tam po zadani mi kilku pytań, przy kulturalnym zachowaniu się urzędników, udostępniono mi uzyskanie właściwego dowodu osobistego. Mogłam wracać do domu, ale wróciłam jeszcze na jakiś czas do Krzyża, żeby uporządkować niedokończone prace.
Zaczęłam się przygotowywać do wyjazdu, który nastąpił 2.02.1957 roku, bardzo serdecznie było pożegnanie z tak oddanymi przyjaciółmi, z którymi tyle lat współpracowałam. Z kilkoma z nich utrzymuję do dzisiaj kontakty. I tak wróciłam po raz drugi w rodzinne strony w lutym 1957 roku. Po 23 latach pracy zawodowej wśród młodzieży przeszłam na emeryturę. Reasumując te moje wspomnienia, nie mogę znaleźć innych słów na ich zakończenie, jak słowa z „Magnifikat”: „UWILELBIAJ DUSZO MOJA PANA, BO UCZYNIŁ MI WIELKIE RZECZY”.


Jastrzębie – październik 1996. Anna Zdziebło. 


Anna Zdziebło 91-letnia jastrzębianka w czasach okupacji niemieckiej żołnierz Armii Krajowej i więźniarka obozu w Ravensbruck. Po powrocie do Polski w roku 1945 ofiara represji stalinowskich. Musiała aż do odwilży październikowej ukrywać się i żyć pod przybranym nazwiskiem. Pochodzi z rodziny śląskiej, w której przywiązanie do Boga i Ojczyzny zawsze było stawiana na najważniejszym miejscu. Jej brat Franciszek Zdziebło, ksiądz, zmarł uwięziony przez Niemców w twierdzy w Koronowie. Drugi brat – Dominik był dowódcą zgrupowania Armii Krajowej w Krakowie „Żelbet”, odznaczony przez rząd londyński orderem Virtuti Militari. Kolejny z braci - Józef wcielony do Wehrmachtu, wysłany na front wschodni, powrócił do Polski jako były żołnierz wojsk polskich na zachodzie. Rodzina Pani Anny Zdziebło pokazuje jak dramatyczne były losy Górnoślązaków i Polaków zarazem, w czasach II wojny światowej i nawet po jej zakończeniu. Powyższy pamiętnik został napisany przez autorkę w roku 1996. Dziś ta starsza pani niewiele może powiedzieć o losie, którego doświadczyła razem z siostrą Katarzyną. Czasami tylko przypomina sobie niektóre wydarzenia z czasów, kiedy uwięziono ją w obozie w Ravensbruck, w którym doświadczała piekła na ziemi i stała się bezimiennym numerem. Jednak dzięki jej spisanym wspomnieniom dowiadujemy się jak wiele trzeba było znieść za wierność Polsce. Jak wiele znaczyła dla niej rodzinna ziemia, świadczy dopisek na jednym z fragmentów pamiętniku: „Ojczyznę trzeba kochać jak matkę”.
W dowód uznania za jej zasługi dla kraju Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej Lech Kaczyński odznaczył Annę Zdziebło Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, 63 lata po zakończeniu II wojny światowej.




Anna Zdziebło
powrót »