Wspomnienia jastrzębian


powrót »
Pojechał po szerokich torach...

Relacja z Władysławą Kuczera córką Teofila Szczęsnego, policjanta polskiego zamordowanego wiosną 1940 roku w Kalininie przez NKWD.


Urodziłam się w Marklowicach w 1926 roku. Ojciec jeszcze wtedy nie był policjantem, jeszcze pracował na kopalni Marcel jako ślusarz. Potem, to chyba było w 1931 roku, poszedł do szkoły policyjnej. Najpierw, ale krótko pracował w Wodzisławiu, jako zwykły policjant, a potem przenieśliśmy się do Jastrzębia Zdroju i tam ojciec został komendantem posterunku. W 1933 roku przeprowadziliśmy się do Jastrzębia i zamieszkaliśmy w domu przy posterunku w Jastrzębiu Dolnym. Pamiętam, że policjanci jeździli wtedy na rowerach, nie tak jak dzisiaj. Ojciec był służbistą, był bardzo solidny. My dzieci, musieliśmy być grzeczni, bo w przeciwnym razie dostawaliśmy lanie. Ale nie mogę powiedzieć; był bardzo dobrym ojcem. Czasami wracał zdenerwowany z pracy, zwłaszcza kiedy ścigali jakichś bandytów. Zdarzało mu się wtedy trochę pokrzyczeć, ale tak w ogóle był naprawdę dobrym człowiekiem.
Krótko przed wybuchem II Wojny Światowej ojciec wszedł w konflikt z panem Mikołajem Witczakiem. Jak mówiłam, tata był bardzo solidny i dla niego wszyscy wobec prawa byli równi. Nie wiem dokładnie o co poszło, ale ojciec oświadczył panu Witczakowi, że jeżeli popełni on jakieś wykroczenie, to zostanie ukarany mandatem, tak jak każdy inny obywatel. Ponieważ, jednak pan Witczak znał wiele osobistości z województwa, więc w wyniku tego konfliktu ojciec mój został na trzy miesiące przed wybuchem II Wojny Światowej przeniesiony do Pawłowic i tam również sprawował funkcję komendanta posterunku. Codziennie dojeżdżał z Jastrzębia do Pawłowic na rowerze.
Wrócę trochę do wcześniejszej historii taty. Urodził się w 1895 roku w Marklowicach. Pochodził z rodziny górniczej; jego ojciec pracował na kopalni Marcel. Mój tata miał pięć sióstr i był między nimi takim rodzynkiem. Moja mama, Elżbieta również urodziła się w Marklowicach, w części wsi zwanej Chałupki. Jej rodzina była rodziną rolniczą. W czasie I Wojny Światowej tatę powołano do wojska niemieckiego i tam przewalczył całą wojnę, ale tata jak cała jego rodzina był Polakiem, był polskim patriotą. Po I Wojnie Światowej ojciec brał udział we wszystkich Powstaniach Śląskich, w III Powstaniu był dowódcą oddziału z Marklowic. Pamiętam, że jak już mieszkaliśmy w Jastrzębiu, to często do taty przyjeżdżali jego koledzy z czasów powstań, aby podpisał im zaświadczenia o tym, że walczyli o polski Śląsk, bo to im bardzo ułatwiało otrzymanie posady. O pracę było wtedy tak samo trudno jak i dzisiaj.
Nie wiem jak rodzice się poznali, ale ponieważ pochodzili obydwoje z Marklowic, więc pewno to nie było trudne. Moja mama też była patriotką. Kiedy mieszkaliśmy w Jastrzębiu, jeszcze przed wojną, mama była tutaj przewodniczącą Polek i bardzo aktywnie działała na rzecz polskości Śląska. Po wojnie ciężko się pochorowała; chorowała dziesięć lat i zmarła w wieku lat siedemdziesięciu pięciu.
Moi rodzice, oczywiście przyjaźnili się z innymi rodzinami jastrzębskich i nie tylko jastrzębskich policjantów. Odwiedzały nas czasami rodziny panów Jana Abrachamczyka, Franciszka Krawca czy Józefa Sternadela. Ja, jako dziecko najbardziej zakolegowałam się z Jadzią Krawiec (obecnie Jadwiga Pająk), córką pana Franciszka, ale myśmy i tak spotykały się sporadycznie, bo Jadzia chodziła do szkoły w Jastrzębiu Górnym, a ja w Jastrzębiu Dolnym.
Jakiś czas przed wybuchem wojny część rodzin policyjnych, w tym nasza, została ewakuowana w głąb Polski. Widocznie takie instrukcje otrzymali z Warszawy. Nas ewakuowali do Bochni pod Krakowem, z tym że ojciec pozostał na posterunku w Jastrzębiu. Czyli, że do Bochni pojechaliśmy, moja mama, mój brat Bogdan i ja, bo mój najstarszy brat Tadeusz studiował wtedy we Lwowie. Moi obydwaj bracia ukończyli gimnazjum w Żorach. Po kilku tygodniach dołączył do nas tata, bo policjanci otrzymali rozkaz wycofania się na wschód. Jako policjant został włączony do obrony Krakowa. Pamiętam jak któregoś dnia, to był chyba piątek, szliśmy do kościoła wzdłuż brzegów rzeki Raby, nagle nadleciało mnóstwo samolotów, wszyscy byliśmy przekonani, że to samoloty angielskie, że przyleciały na pomoc. Zaczęliśmy przyjaźnie wymachiwać rękami w ich kierunku. W pewnym momencie samoloty obniżyły swój lot i z przerażeniem dostrzegliśmy na skrzydłach tych samolotów niemieckie, hitlerowskie krzyże. Rozbiegliśmy się. Uciekaliśmy co sił w nogach. Te samoloty bombardowały Kraków. Mój tata wrócił potem cały zakrwawiony; brał udział w wynoszeniu ludzi z ruin.
Mama powiedziała wtedy do niego: Skoro Niemcy są już tutaj, to niedługo zdobędą całą Polskę. Tata odpowiedział jej tylko tyle, że nie może zdezerterować. Razem z innymi policjantami udał się, na tych rowerach, na granicę węgierską. Był taki młody policjant, którego mama chciała uratować; chciała mu dać jakieś ubranie cywilne, aby ratował się jako zwykły obywatel, ale on też powiedział, że musi wykonać rozkaz.
17 lub 18 września wracaliśmy na Śląsk, do Jastrzębia. Najpierw jacyś Żydzi przewozili nas wozami, a potem… to już rozmaicie. Mieliśmy tutaj w Jastrzębiu sąsiada Niemca, nie pamiętam już jego nazwiska, ale przez cały ten okres nawałnicy pierwszego frontu i naszej nieobecności, on ciągle dbał o nasz dom. Całe szkody, to była jedna wybita szyba przez jakichś chuliganów. Czyli, że nawet w czasach okupacji byli też Niemcy, którzy byli po prostu przyzwoitymi ludźmi. Potem niemieccy administratorzy wysiedlili nas z Jastrzębia. Chwała Bogu żeśmy mieli ten dom w Marklowicach i mieliśmy gdzie wrócić.
Jeszcze kiedy mieszkaliśmy w Jastrzębiu dotarł do nas Tadeusz, brat który studiował we Lwowie. Brat bardzo chciał walczyć o Polskę. Mama bardzo się o niego bała, ale on się uparł i w końcu przedostał się na Zachód, do Francji i tam wstąpił do armii generała Maczka. Najdziwniejsze było to, że właśnie tan spotkali się moi obaj bracia, bo Bogdan którego wcielono do armii niemieckiej; nie miał chłopak wtedy innego wyjścia, zdezerterował i też, w tej wojennej zawierusze trafił na Zachód. Myśmy, co prawda, wcześniej, otrzymali od niemieckich władz pismo, że Bogdan Szczęsny zaginął i już go nawet w domu opłakaliśmy, ale potem, dostaliśmy od niego kartkę pocztową (nie wiem w jaki sposób ona do nas dotarła), w której napisał: „Mamo nie martw się. Jakimś cudem spotkałem Tadka”. Najpierw myśleliśmy, że ktoś zrobił sobie z nas makabryczny żart, ale w jakiś czas potem otrzymaliśmy zdjęcie, na którym obydwaj, Tadeusz i Bogdan siedzieli na ławce.
Spotkanie moich braci było też bardzo dziwne, bo Tadeusz, ten który walczył pod Maczkiem w końcu trafił do armii gen. Andersa i tam sprawował jakąś funkcję administracyjną. Zapisywał, po prostu, chętnych do wstąpienia, do 2 Korpusu WP. Bogdan w tym czasie przebywał we Włoszech i starał się o to aby wcielono go w szeregi polskiej armii. W końcu spotkali się przy stoliku; Tadek pochylony nad papierami zapytał kolejnego rekruta o imię i nazwisko… kiedy Bogdan padał mu swoje dane, to w zupełnym niezrozumieniu spojrzeli na siebie, a potem rzucili się sobie w ramiona. Tak spotkali się dwaj bracia. Taki świat, takie życie.
Tadek ożenił się z Holenderką i po wojnie wyemigrowali do Kanady, natomiast Bogdan poznał jakąś Włoszkę i razem z nią, po wojnie wyjechał do Anglii i tam skończył studia w dziedzinie finansów, bo jeszcze Korona Brytyjska to refundowała. Znał pięć języków, ale po wojnie musiał również nauczyć się rosyjskiego. Musiał chłopak sobie wbić do głowy ten język, aby go nie zwolnili z pracy. Zresztą Bogdan szybko owdowiał.
Jeszcze w czasie okupacji dotarł do nas człowiek, który razem z tatą służył w policji. On nie był policjantem tylko służył w formacji, która pomagała policjantom i on razem z ojcem przedzierał się nad węgierską granicę. Ten pan, którego nazwiska już nie pamiętam, ale on był z Rydułtów, był świadkiem aresztowania mojego ojca i wielu innych policjantów przez sowieckich kozaków, to było dosłownie kilka kilometrów od granicy węgierskiej. Po aresztowaniu Sowieci oglądali ich dłonie. Jeśli któryś nie miał na rękach odcisków, to znaczyło, że jest kapitalistą, burżujem. Porozdzielali policjantów i oficerów wojska od całej reszty i tak mój tata z innymi pojechał do Rosji w towarowych wagonach, po szerokich torach.
Potem nie mieliśmy ani od ojca, ani o ojcu żadnych wiadomości, aż do początków 1940 roku, kiedy to żona pana Michnika, który był komendantem posterunku w Wodzisławiu i został aresztowany razem z moim ojcem, i przysłał kartkę swojej żonie, że jest więziony w Ostaszkowie, razem z naszym tatą; pani Michnikowa przekazała mamie tą informację.
Okres okupacji był dla nas bardzo trudny. Ja po prostu aby ustrzec się od wywózki do Niemiec musiałam pracować fizycznie. Pracowałam tutaj w Marklowicach u wielkiego Niemca Strzyka na, Górnioku. Jako czternastoletnia dziewczyna usiałam na plecach nosić worki ze zbożem. Potem pracowałam w leśnictwie. Na przykład ścinałam drzewa, a wtedy nie było pił spalinowych, wszystko trzeba było rżnąć ręcznie. To była trudna szkoła życia.
W tamtym okresie mama otrzymała od Niemców rentę po ojcu. Niemcy nas Ślązaków uważali za swoich, chociaż nie każdy Ślązak uważał się za Niemca. Mój brat i ja stawialiśmy się Niemcom i na ile to było możliwe manifestowaliśmy swoją polskość, ale mama musiała przecież dbać o nasze przeżycie. Na jakimś zebraniu „wielkich Niemców” w Gminie mama wytłumaczyła naszą sytuację życiową, no i niemiecka władza przyznała jej jakąś rentę po ojcu. O ile pamiętam to było najpierw 20 marek, a później podnieśli tą rentę do 100 marek miesięcznie. Potem, za komuny, kiedy już była chora, PRL przyznał jej chyba 1000 złotych renty.
Przyszedł okres „wyzwolenia”, nawet nie chcę mówić, kto takiemu „wyzwoleniu” jest winien. Przez naszą wioskę przechodził front. Kilkaset metrów od naszego domu atakowały wojska rosyjskie, a u nas broniła się grupa żołnierzy niemieckich. Miałam wtedy siedemnaście lat. Razem z ciotką, która do nas przyjechała siedzieliśmy w piwnicy. Tu była straszna strzelanina. Za, przed, a nawet i w domu mieliśmy kilku zabitych Niemców. Za chwilę Niemcy uciekli; pozbierali aparaturę łącznościową i uciekli i moment po tym już byli u nas Rosjanie. Ci Rosjanie zachowywali się okropnie. Pamiętam jak jeden z nich zaczął kopać zwłoki żołnierza niemieckiego, bo to był Ukrainiec, który wstąpił do niemieckiej armii; oni mieli takie specjalne naszywki i po tym go poznał. Kopał tego trupa i krzyczał do niego: „A ty żarł giermańskij chlieb!” Tak mnie to wzburzyło, że sama zaczęłam ochraniać te zwłoki. Zaczęli niszczyć cały dom. Ja wpadłam w panikę, wybiegłam na ulicę i zaczęłam wzywać pomocy. Pojawił się wtedy jakichś ichni dowódca. On dosłownie tych swoich podwładnych kopał po tyłkach. Krzyczał na nich: „Przecież to nie są Niemcy, to są Polacy.” Jakoś się uspokoili. Jeden z nich wszedł na piętro; tam na ścianie wisiał krzyż i ten żołnierz przeżegnał się po prawosławnemu. Ci pierwsi co tu byli, pozbierali tylko zamki od karabinów i sobie poszli.
We wsi zapanował strach, bo fama o tym, że Rosjanie gwałcą i zabijają, była powszechna. Ja miałam wtedy 17 lat, więc bardzo się obawiałam. Ale jak w każdej grupie, tak i między nimi byli ludzie i ludziska. Kiedyś pojawił się u nas taki oficer rosyjski; on był ranny, miał przestrzelony palec, a mówił bardzo dobrze po polsku. On nas uspokajał abyśmy się nie bali. Mówił, że jest świadom tego, że niektórzy żołnierze rosyjscy postępują źle, ale że taka już jest wojna. Usprawiedliwiał Rosjan, twierdząc mszczą się oni na Niemcach za to, co ci zrobili w Rosji. A to musiała być prawda, bo jeszcze zanim przyszli Krasnoarmiejcy, to stacjonowali u nas Niemcy i jeden ranny niemiecki oficer kazał nam uciekać, bo przyznał się, że kiedy oni byli na wschodzie, to sam rozbijał dziecięce główki o ścianę. Był strach. Ludzie starali się ugościć żołnierzy rosyjskich czym kto miał. Dawali im i wódkę i jedzenie, bo ci żołnierze mieli w plecakach tylko amunicję.
Po przejściu frontu stacjonowali u nas Rosjanie. Czterech z nich było ciężko rannych; jeden miał jelita na wierzchu. Wołali o jakąś pomoc, ale ten ichni lekarz nic nie mógł pomóc. Żal było na to wszystko patrzeć. W szkole w Marklowicach był punkt sanitarny i ten „wracz” poszedł do mojego wujka prosić o konia i wóz aby przetransportować tych rannych. Mój wujek Alojzy Kuźnik, to był stary powstaniec i bardzo odważny człowiek i kiedy ten Rosjanin przyszedł po ten wóz i konia, to wujek wprost oświadczył mu, że mu tego nie da, bo już więcej potem nie zobaczy ani konia, ani wozu. Ten Rosjanin zarzekał się na słowo honoru, na co wujek powiedział mu wprost: „Moje gówno, a twoje słowo honoru, to jedno.” Jednak w końcu czy to groźbą, czy prośbą, wujek jednak odstąpił mu ten zaprzęg. Jaki ten Rosjanin był dumny z siebie, kiedy po wszystkim oddał wujkowi ten środek transportu. Cóż ludzie są rozmaici; wszędzie. Ci frontowcy nie byli tacy źli, ale ci co przyszli po nich; to byli chyba ci z NKWD. Jeden z nich, pijany strzelił do portretu mojego ojca. Powiedział, że to „Giermianiec”. Mordowali i Niemcy, mordowali i Ruscy. Stalin i Hitler byli jednakowi. To byli straszni mordercy. Nawiasem mówiąc teraz na Zachodzie różnych takich morderców chroni prawo europejskie i żyją sobie jak te święte krowy.
Pochowaliśmy tych pozabijanych Niemców tu, za domem. Miałam 17 lat, ale musiało się to robić. Potem ich ekshumowali. Takie to były czasy. Wojna jest okropna i aż strach pomyśleć, ale ja czuję, że zbliża się kolejna wojna.
Już za PRL-u szukaliśmy taty przez Czerwony Krzyż i późno, bo późno, ale w końcu otrzymaliśmy informację, gdzie zginął. Niemcy posądzali Ruskich o tą zbrodnię, Ruscy Niemców, oficjalna propaganda stała po stronie Ruskich, no ale wiadomo było, że to zrobili czerwoni.
Wyszłam za mąż w 1949 roku. Zresztą mój mąż też w czasie II wojny Światowej został wcielony do niemieckiej armii i był ranny pod Moskwą. Nikt nie chciał iść na front wschodni, no ale taki dostał rozkaz.
Niektórzy spośród moich znajomych dziwią mi się, że chociaż mój ojciec zginął w Katyniu, to ja jestem zła na zachodnie rządy. No a przecież Roosvelt i Churchill dogadali się ze Stalinem. Przecież Amerykanie byli tak blisko naszych granic. Dlaczego nie oswobodzili Polski? Wielka polityka jest brudna. Takie małe kraje jak Polska sprzedaje się za spokój. W polityce tylko silny ma przyjaciół. I Amerykanie i Anglicy, jak zresztą cały zachodni świat, dosyć gładko przełknęli kłamstwo o tym, że polskich oficerów i policjantów w Katyniu zabili Niemcy.
Polityka jest brudna, a wojny prowadzone na skutek tej polityki są okrutne. Cierpią tylko niewinni ludzie uwikłani w to wszystko i prości żołnierze, którzy muszą wykonywać rozkazy swoich przełożonych. Przypomnę pewną sytuację z czasów okupacji. Jest tutaj w Marklowicach dom rodziny Zamarskich. W czasie okupacji wielu zwykłych bandytów podszywało się pod partyzantów, a tak naprawdę to tylko grabili ludzi, albo nawet zabijali załatwiając jakieś swoje osobiste porachunki. Właśnie u Zamarskich stacjonował taki dziwny oddział. Niby walczyli z Niemcami, ale tak naprawdę, to tylko grabili ludzi. Niemcy zrobili na nich obławę. Mieli jakieś informacje, że ktoś z rodziny Chałów w współpracuje z tymi niby partyzantami, zresztą Niemcom i tak było wszystko jedno. Kiedy zrobili tam obławę, to utopili na Rydynie tą panią Chała i jej kilkunastoletnią córkę. Pozawiązywali im po prostu suknie na głowy i potopili je w takich dołach z wodą. Jedna z nich tak kurczowo trzymała się tego Niemca, który ją topił, że wciągnęła go za sobą i on też utonął. Potem złapali ich 19-letniego syna i on właśnie kolegował się z tymi niby partyzantami, którzy mieszkali w domu Zamarskich i pod wpływem bicia zdradził ich. Byłam zresztą świadkiem, tej obławy na Zamarskich. Wracałam wtedy z Marklowic i nagle zobaczyłam mnóstwo Niemców wokół domu Zamarskich. Bardzo się przeraziłam. Zostałam zatrzymana przez jednego żołnierza. Widziałam skutego i zbitego tego chłopaka od Chałów. Prowadzili go w stronę tego domu. W środku była pani Zamarska z jednym małym dzieckiem i kilkunastoletnim synem. Jej mąż był wtedy w Czechach. Młody Chała miał przekazać tym, którzy byli w środku, że jeśli się nie poddadzą to zostanie spalony i dom i całe gospodarstwo. Za chwilę usłyszałam dwa strzały. Wyszło na to, że młody Zamarski zastrzelił najpierw matkę, a potem siebie. To małe dziecko zabrała siostra pani Zamarskiej. Dom i tak podpalili. Młodego Chałę zastrzelili Niemcy. Najpierw kazali mu odejść i powiedzieli, że jest wolny. Potem kiedy go rozkuli jeden z Niemców podszedł i strzelił mu w głowę. I tak to było. Prawdziwe AK walczyło z Niemcami, a w to wszystko mieszały się jeszcze bandy kryminalistów, a przy tym ginęli niewinni ludzie. Zresztą AK też zwalczało tych kryminalistów. To była wojna na kilka frontów. Bardzo trudno się w tym było połapać.
Jeszcze jedna historia tego typu. Tuż przed końcem wojny ukrywał się u nas kuzyn mamy i taki znajomy, pan Dobrowolski z Rybnika, bo tu jeszcze było spokojnie. Któregoś dnia otoczyli nasz dom ludzie poprzebierani w niemieckie mundury. Kuzyn dzień wcześniej wyjechał od nas. Chwała Bogu, że jakoś wyperswadowałam mamie pomysł ucieczki przez okno, bo by ją zastrzelili. Weszli do nas do domu. Mówili po niemiecku. Pierwszy, który wszedł odepchnął mnie i powiedział, że tu ukrywają się partyzanci. Myśmy się tłumaczyły, że tu nikogo nie ma, ale znaleźli tego pana Dobrowolskiego. Jednak go nie zastrzelili tylko zamknęli w piwnicy. Ja już wtedy i tak pożegnałam się z życiem. My byliśmy kompletnie przerażeni. Ale oni nagle poczuli się swobodnie i zaczęli mówić po polsku. W końcu się ośmieliłam i zapytałam: Kim wy właściwie jesteście? Odpowiedzieli, że są partyzantami. Strasznie się zdenerwowałam i powiedziałam im: To wy przychodzicie do Polaków i chcecie do nas strzelać? Ten ich dowódca zapytał o nasze nazwisko. Kiedy usłyszał, że jesteśmy rodziną Teofila Szczęsnego, to natychmiast odesłał swoich ludzi i kazał wypuścić pana Dobrowolskiego. Oni byli z AK, a ktoś na nas doniósł, że my przetrzymujemy, nie wiem?, komunistów? Ten ich dowódca popatrzył na portret mojego ojca, uśmiechnął się i przypomniał, że ojciec przed wojną ukarał go w Jastrzębiu, mandatem za jakieś wykroczenie. Na odchodnym odezwał się do mojej matki: „Kiedy skończy się wojna, a ja ją przeżyję, to przyjdę do was i powiem wam kto nas do was przysłał.”
Już po wojnie najpierw skończyłam szkołę podstawową, a potem zrobiłam kurs stenotypistki i pracowałam w Gminie i kiedyś wracając z pracy spotkałam tego człowieka; wypuścili go po amnestii. Wtedy powiedział mi przez kogo o mało nie straciliśmy życia. To było straszne, ale nie chcę podawać nazwiska tej osoby, tym bardziej, że ona już nie żyje.
A propos tego, że dopiero po wojnie skończyłam szkołę podstawową, to co prawda za Niemca chodziłam do szkoły, ale tam zamiast „Dzień dobry” trzeba było wykrzyczeć powitanie hitlerowskie „Heil Hitler”. I ja i mój kolega Roman Zając, za każdym razem w tym momencie udawaliśmy, że coś nam na ziemię upadło i schylaliśmy się po to. Nigdy nie podniosłam ręki do tego powitania. Co ja za to po twarzy nazbierałam? Byłam uparta tak jak tata. W końcu mnie z tej szkoły wyrzucili.
Dali nam kiedyś nawet w szkole portret Hitlera i ja go przyniosłam do domu. Schowałam go w jakiejś szufladzie. Jednak jakiś czas przed wejściem Rosjan, spaliłam ten portret i tyle naszego szczęścia, bo Ruscy jak już u nas się znaleźli to dokładnie nasz dom przeszukali. Gdyby znaleźli ten portret to by nas rozstrzelali.
Kilka razy odwiedzałam braci. Raz byłam w Kanadzie u Tadka i trzy razy u Bogdana w Anglii. Strasznie się z Bogdanem pokłóciłam, bo to, że tam panował taki fanatyzm antykomunistyczny, to pół biedy, ale że nas traktowali w związku z tym jak żebraków i ostatnie ofiary, to już naprawdę nie było miłe. Oni tam na Zachodzie, w czasach komuny nie wiedzieli nic prawdziwego. Nasze życie wyglądało zupełnie inaczej niż w ich wyobrażeniach. Przecież myśmy wtedy też potrafili zachować godność ludzką. Mój brat kiedy miał przyjechać tutaj do nas w odwiedziny, to myślał, że już stąd nie wróci, że go tu zamordują. Potem był strasznie zdziwiony, że był jednak dobrze traktowany, chociaż jako obywatel angielski musiał meldować się na milicji. Ale cóż syna jednak wychował tak, że ten syn nie chce przyjechać do Polski… a komunizmu nie ma już od 20 lat.
Teraz mamy wolność, a jak pieniądz deprawuje człowieka? Co się stało z naszą uczciwością. Jeden drugiemu do gardła skacze o parę złotych. Ludzie mają po kilka tysięcy złotych emerytury, ale innym zazdroszczą do tego stopnia, że ta zazdrość całkiem zatruwa im życie. Jak się teraz wychowuje naszą młodzież. Zamiast uczyć ich poczucia obowiązku, to niszczy się ją bezstresowym wychowaniem. Co zrobić z tymi nastoletnimi mordercami zabijającymi tylko po to aby zobaczyć jak umiera człowiek? I to jest współczesne pojmowanie wolności. A każdy przyzwoity człowiek powinien pamiętać, że nie ma wolności bez odpowiedzialności.

Marklowice 30 marca 2010 roku.
Dla Stowarzyszenia Pokolenie przeprowadził Mirosław Śliwa.

 




Władysława Kuczera
powrót »