Wspomnienia jastrzębian


powrót »
Prawda była głęboko zakopana

Urodziłam się 20 kwietnia 1926 roku w Godowie, gdyż mój ojciec najpierw rozpoczął pracę jako policjant w Katowicach, a potem przeniesiono go do Godowa. Na koniec przeniesiono go do Jastrzębia, gdzie przeprowadziliśmy się całą rodziną i tutaj mój ojciec pełnił służbę aż do 1 września 1939 roku, czyli do dnia wybuchu II Wojny Światowej.
Ojciec urodził się w 1898 roku we wsi Jemielnica w powiecie strzeleckim. Za Niemca ona nazywała się Imielnica. To był wielki majątek z młynem. Myśmy tam zawsze jeździli do dziadków na wakacje. Kiedy ojciec miał 17 lat, to dostał powołanie do wojska niemieckiego; już od roku trwała I Wojna Światowa. Nie wiem na jakim froncie ojciec walczył, ale w czasie działań wojennych został ranny i tak jakoś przetrwał do końca wojny i w 1918 roku szczęśliwie wrócił do domu. Dziadkowie mieli gospodarstwo rolne. To była bardzo duża rodzina, bo u nich było dwanaścioro dzieci. W hierarchii wieku tata był drugi. Starszy od niego był tylko brat Ryszard, który również był policjantem i pełnił służbę w Chorzowie. W rodzinie ojca wszyscy mówili po polsku i tą polskość się tam kultywowało. Zresztą cała ta wioska była taką enklawą polskości, bo zewsząd otaczali ich Niemcy. Tata jako młody chłopak pracował we młynie, a potem poszedł do szkoły policyjnej. Z czasów kiedy mój tata brał udział w powstaniach śląskich niewiele pamiętam. Byłam wtedy dzieckiem i nie bardzo się tym wszystkim interesowałam. Dopiero teraz kiedy oglądam pamiątki po ojcu, głównie chodzi o zdjęcia i dokumenty, to mam świadomość, że tata brał czynny udział w walkach o polskość Śląska.
Moja mama Gertruda pochodziła z Zabrza. Była bardzo muzykalna i bardzo lubiła teatr. No i właśnie, moi rodzice poznali się w teatrze na jakimś przedstawieniu. Mama była wtedy bardzo młodą dziewczyną miała siedemnaście, czy osiemnaście lat. W każdym razie kiedy miała lat dziewiętnaści wstąpiła w związek małżeński z moim tatą. Z tego związku było troje dzieci: Cecylia, moja siostra 1924 rocznik, ja 1926 i mój młodszy brat Bernard 1928 rok. Mój brat został potem inżynierem budownictwa, ale już niestety nie żyje. On pracował w Wodzisławiu w Kuratorium Oświaty.
Nasze dzieciństwo było szczęśliwe. Ojciec ani nie palił, ani nie pił i był taki bardzo „akuratny”. Tata nie był dla nas surowy, ale był wielkim pedantem i zawsze pilnował, abyśmy trzymali porządek i czystość. Pamiętam, że zanim położyliśmy się spać, to kapcie musiały stać równo a ubrania ładnie poukładane na krzesłach. Zresztą tata od młodości lubił porządek. Moje ciocie, siostry taty opowiadały, że kiedy szły do młyna po mąkę i jeżeli coś tej mąki im się wysypało na podwórku, czy na chodnik, to ojciec zawsze gonił je, aby to za sobą pozamiatały.
Moja siostra urodziła się jeszcze w Zabrzu, kiedy tata pracował w Katowicach, a ja i mój brat urodziliśmy się już w Godowie. Potem, już całą rodziną w komplecie przyprowadziliśmy się do Jastrzębia. To był rok, o ile pamiętam 1937. Zamieszkaliśmy u państwa Piksów. Pan Rudolf Piksa też był policjantem. Oni z tatą się dobrze znali. Piksowie kończyli właśnie budowę nowego domu i zaoferowali nam mieszkanie na górze. To taki duży, ładny, żółty dom na ul. Pszczyńskiej.
Właścicielami i gospodarzami Jastrzębia była rodzina Witczaków. Oni poczuwali się do dużej odpowiedzialności, za całą okoliczną ludność. Tuż przed wybuchem II Wojny Światowej Witczakowie organizowali ewakuację dla mieszkańców Jastrzębia na „Zachód”. Przygotowaniem tych wyjazdów zajmował się pan Fałczyk. On pracował u Witczaków jako zarządca. Cała jego rodzina wyjechała pierwszym transportem i trafiła do Anglii, a drugiego transportu już nie udało się przerzucić; coś nie zadziałało. Przecież myśmy już byli spakowani, poza ojcem, bo no nie mógł wyjechać i staliśmy przy drodze, ale auto, którym mieli nas wywieźć się popsuło i tak zostaliśmy.
Ojciec podobnie jak inni policjanci i żołnierze z tego terenu otrzymał rozkaz wycofania się na wschód, podobno aż gdzieś do Tarnopola. Tata z Jastrzębia wyjeżdżał rowerem, ale tylko na miejsce zbiórki, bo dalej mieli jechać samochodem. Kiedy z naszego wyjazdu nic nie wyszło, a tata był jeszcze z nami, to pamiętam ostatnie zdanie jakie do nas powiedział: „To wy już teraz nigdzie nie jedźcie, bo już zaczęła się wojna”. Pamiętam, że słychać było odgłosy wystrzałów ze strony Rybnika. Tata kazał nam się schronić do piwnicy, bo front już się zbliżał. W piwnicy była już cała rodzina Piksów, pan Rudolf też tam był, bo on nie służył w Jastrzębiu tylko na Zaolziu. W każdym razie z ojcem nie wyjechał. I tak widzieliśmy się ostatni raz z ojcem. W tej piwnicy przeczekaliśmy przejście frontu. Mieliśmy bardzo dobrego ojca, mieliśmy z nim dobre życie. Moja mama też to jego zaginięcie bardzo przeżywała. Cała nasza rodzina pożegnała się z nim 1 września 1939 roku.
Na początku okupacji ja jeszcze chodziłam do szkoły, ale potem poszłam pracować na „landówę” do gospodarzy, tak jak wszyscy, a potem przez jakiś czas pracowałam w przedszkolu. Po okupacji skończyłam szkołę handlową i pracowałam w naszym jastrzębskim GS-ie; pomagałam się kształcić bratu. On był bardzo zdolny. Skończył studia na politechnice gliwickiej.
Przez całą wojnę nie mieliśmy żadnej informacji o ojcu. Pojawił się raz co prawda, u nas jakiś taki „cygon”, który chciał od matki wyłudzić mundur i płaszcz policyjny ojca. Twierdził, że wie gdzie ojciec jest, i że ojcu jest zimno, i że zawiezie ojcu ten płaszcz, ale mama jakoś poznała, że to zwykły oszust. Złych ludzi nigdy nie brakuje.
Ciągle była w nas nadzieja, że ojciec wróci. Często wystawałyśmy w oknie. Po wojnie widziałyśmy ludzi wracających z frontu, ludzi wracających z robót przymusowych w Niemczech, a myśmy nie miały od taty żadnej wiadomości. Nie doszedł do nas żaden list, żadna kartka, nikt go nie widział, ani nikt o nim nic nie słyszał. Dopiero całkiem niedawno kiedy pan Delowicz napisał książkę „Śmierć przyszła wiosną”, to właśnie z niej dowiedzieliśmy się co się stało z ojcem. Zresztą pan Delowicz rozmawiał z moim synem i syn udostępnił mu pamiątki, głównie zdjęcia i dokumenty po moim ojcu. Nie tylko my nie mieliśmy żadnych informacji o naszym ojcu, rodziny innych policjantów też nic nie wiedziały o swoich bliskich. Pani Piksowa, której mąż też udał się na wschód, podobnie jak my, nic o losach swojego męża nie wiedziała. Po latach pogodziliśmy się z myślą, że ojciec zginął gdzieś na wschodzie, ale nikt z nas nie wiedział gdzie, ani jak. Myśmy przecież wiedzieli o masowych grobach odkrytych w Katyniu, ale w czasach PRL-u nie wolno było o tym mówić. Nie wolno było tam szukać swoich zmarłych. Oficjalna propaganda mówiła o tym, że to Niemcy dokonali tej zbrodni. Czyli, że za okupacji nie było możliwości aby się czegokolwiek dowiedzieć, a po okupacji dopiero. Najpierw była nadzieja, że może zesłali ich gdzieś na Sybir, ale w końcu i ta nadzieja umarła. Próbowaliśmy go szukać przez Czerwony Krzyż, ale to też nie mogło przynieść rezultatów.
W czasie okupacji moja mama była łączniczką w Armii Krajowej, bo wszyscy mieliśmy już dosyć tych Niemców. Chcieliśmy tutaj wolnej Polski; wolnej, nie komunistycznej. W domu rodziny Kaniów w Jastrzębiu na Pochwaciu znajdowało się dowództwo komórki AK. Właśnie pani Kaniowa wciągnęła moją mamę do konspiracji. I ktoś ich wsypał. Zawsze się znajdzie jakiś Judasz. Gestapowcy wpadli do domu Kaniów. Pana Kanię strasznie pobili. Kilku Akowcom udało się uciec, ale jeszcze przed przyjazdem gestapo pani Kaniowa wysłała swojego syna po coś do państwa Zdziebłów i nagle uświadomiła sobie, że jak Niemcy tego chłopaka złapią, a to był mały jeszcze synek, to on się wystraszy i im wszystko powie. Jakoś udało jej się uciec i schowała się z zbożu przy drodze; to się działo tuż przed żniwami w 1944 roku. Rzeczywiście udało się jej tego swojego synka złapać i oboje się w tym zbożu skryli. Wtedy spotkała ich bardzo dziwna historia. Wszyscy wiemy co to jest gestapo i jacy ludzie tam służyli, ale i między takimi złymi ludźmi znalazł się jeden dobry, bo pani Kaniowa opowiadała, że kiedy siedziała z tym synkiem w zbożu, to uzbrojeni Niemcy z psami szukali partyzantów. Nagle jeden z psów ich wytropił. Gestapowiec podszedł, spojrzał na nią jak ona skulona z tym dzieckiem się trzęsie, gwizdnął na tego psa i odszedł. Widocznie i gestapowca mogło ruszyć sumienie. Po tej akcji Niemcy rozpracowali całą grupę i moją mamę też aresztowali. Przewieźli ją do obozu koncentracyjnego Bergen–Belsen koło Hanoweru i tam niestety moja mama zmarła na tyfus. Gdyby nie ten tyfus to pewnie by przeżyła, bo była młodą silną kobietą. O śmierci naszej mamy dowiedzieliśmy się od pani Skrzypek z Wodzisławia, która razem z naszą mamą w tym obozie przebywała. Dopiero na podstawie relacji tej pani mogliśmy sporządzić akt zgonu i na tej podstawie otrzymaliśmy jakąś zapomogę od państwa, bo nie wszyscy byliśmy pełnoletni i nie wszyscy mogliśmy pracować.
Czyli, że po wojnie zostaliśmy już całkiem sierotami. Mieszkaliśmy ciągle u państwa Piksów. Mieszkaliśmy tam od 1937 roku aż do 1967 kiedy to zaczęliśmy budowę domu na ulicy Ogrodowej. Pani Piksowa miała dwoje dzieci, ale żadne z nich już nie żyje. Syn Witold był lekarzem w Krakowie, natomiast córka Irena wyszła za mąż za Polaka z Holandii i tam mieszkała do końca życia. Nie wiem czy jeszcze ktoś żyje z rodziny Abramczyków, chyba jest jakaś wnuczka. Pan Szczęsny miał troje dzieci, dwóch chłopców i jedną córkę. On był komendantem posterunku policji tu w Jastrzębiu Zdroju. Jego córka Władysława mieszka w Marklowicach i po mężu nazywa się teraz Kuczera. Władzia chodziła razem ze mną do szkoły. My jesteśmy obie z tego samego rocznika. Moja siostra ma dwoje dzieci, mój nieżyjący brat ma jednego syna i ja też mam jednego syna.
Przez cały ten czas mieliśmy kontakt z rodzinami wszystkich policjantów, którzy tu pracowali przed wojną i żadna z rodzin nie otrzymała żadnej informacji o losach swoich mężów i ojców. Pierwsze informacje na ten temat otrzymaliśmy od pana Bolesława Niezgody, badacza-amatora, który na podstawie różnych dokumentów jakoś doszedł do prawdy, o tym co stało się z naszymi bliskimi. On też opublikował jakieś prace na ten temat, no a potem to już z książki pana Jana Delowicza. Prawda została głęboko zakopana, nikt żywy stamtąd nie wrócił.

Relacja z Jadwigą Pająk, córką Franciszka Krawca, policjanta polskiego zamordowanego wiosną 1940 roku w Kalininie przez NKWD, dla Stowarzyszenia Pokolenie
Jastrzębie Zdrój 10.03 2010 rok
Przeprowadził Mirosław Śliwa

 




Jadwiga Pająk
powrót »