Wspomnienia jastrzębian


powrót »
Dzieciństwo na zesłaniu

Noc 9/10 lutego 1940 r.

„W lutym 1940 r. skończyło się moje dzieciństwo. Mając jedenaście lat niewiele rozumiałam, nie mogłam wtenczas wiedzieć, z jakimi konsekwencjami wiążą się wydarzenia, w których uczestniczyłam. Rosjanie wtargnęli do naszego mieszkania, dali pół godziny na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy i wyszli. Byłam sama z ojcem, mama akurat znajdowała się poza domem, dzięki temu uniknęła wywózki. Załadowano nas na sanie, którymi mieliśmy dotrzeć do stacji kolejowej. Tam czekały na nas wagony. Pamiętam płacz, lament i przerażenie. Nie potrafię znaleźć słów, które sprawiłyby, że relacja o tamtych wydarzeniach byłaby wystarczająca. Ruszyliśmy o północy. Wtenczas jeszcze nie znaliśmy stacji końcowej. Pamiętam płacz, który rozległ się w wagonach, kiedy za Stryjem skręciliśmy na Lwów – jechaliśmy na Syberię. We Lwowie otworzono wagony, żebyśmy mogli zaopatrzyć się w wodę. Kobiety płakały. Żołnierze NKDW tłukli kolbami w ściany wagonów, żeby stłumić krzyki. W wagonie znajdowało się pięć rodzin z dziećmi, panował okropny ścisk. Na środku stał piecyk, w rogu był zawieszony koc, za nim – wychodek. Do jedzenia mieliśmy olej, cebulę i chleb razowy, czasem jakąś zupę. Brakowało wody. Popularny kipiatok (kubek gorącej wody), który nam, co jakiś czas dawano, to było zdecydowanie za mało. Z pragnienia zebrałam wodę, która kapała z dachu wagonu, kiedy topniał śnieg - piłam, niezależnie od tego jak bardzo była brudna. Przez kilka dni prawie nie schodziłam z pryczy, nie mogłam nawet jeść. Paradoksalnie, fakt, że byłam wtenczas dzieckiem, działał na moją korzyść. Gdybym była zmuszona do funkcjonowania w takich warunkach jako kobieta, nie wiem jakbym to zniosła. Jechaliśmy ponad dwa miesiące”.
..................

Największa część ofiar deportacji lutowej trafiła na północ Rosji europejskiej, do obwodu archangielskiego i Komi ASRR (w sumie 36%). Poza tym, polskich zesłańców kierowano do obwodów na Północny Ural, Kraju Krasnojarskiego oraz obwodu omskiego. Zesłańcy mieli być wykorzystani jako siła robocza na terenach stosunkowo słabo rozwiniętych gospodarczo, przede wszystkim w gospodarce leśnej i przemyśle wydobywczym. Do Komi w ramach tej operacji przesiedleńczej trafili mieszkańcy zachodnich obwodów Ukraińskiej SRR. Stacjami rozładunkowymi dla wiozących ich eszelonów były Muraszi i Piniug w obwodzie kirowskim.

Stacja Muraszi

L.W.: „Spędziliśmy tam chyba dobę. Później, załadowano nas do samochodów ciężarowych
i przewieziono do wioski Gostinnye gory. Tam, rozlokowano nas w domach mieszkańców, którzy mieli obowiązek przyjąć nas na dwa tygodnie.
Niewiele mam wspomnień dotyczących tego okresu. Pamiętam krowę, którą zobaczyłam na gospodarstwie – zwierzę było potwornie chude i jakoś dziwnie wykrzywione, dosłownie składało się jedynie ze skóry i kości. Nie mogliśmy rozmawiać z gospodarzami, dialekty Rosji północnej były dla nas całkowicie niezrozumiałe. Gospodyni nie widywałam prawie wcale. Po dwóch tygodniach przewieziono nas do baraków, w których mieliśmy zamieszkać”.
...............

Przedsiębiorstwa, do których zostali skierowani zesłańcy nie przygotowały odpowiedniej liczby kwater i nie wyposażyły odpowiednio tych, które czekały na specjalnych przesiedleńców (specpieriesielency). Zesłańców z zasady umieszczano w barakach, z których część była podzielona na pokoje o powierzchni 25 – 30 m², a część składała się z jednego wielkiego pomieszczenia. Nagminne były problemy z ogrzewaniem pomieszczeń mieszkalnych, bardzo często jedyne wyposażenie stanowiły piętrowe prycze, wielokrotnie bez sienników czy materaców. Zimą 1940/1941 mnożyły się informacje o kompletnym nieprzygotowaniu baraków na mrozy, w wyniku, czego wewnątrz panowała temperatura poniżej 0ºC. Jednym z bardzo ważnych wyznaczników położenia na zesłaniu był rodzaj zatrudnienia. Istotne były proporcje w poszczególnych rodzinach między ilością osób pracujących i niezdolnych do pracy. Od tego zależały porcje żywności dla każdego członka rodziny. Większość tej fali zesłańców w Komi ASRR stanowili robotnicy leśni.

Strach przed sierocińcem

L.W.: „Mieszkaliśmy w barakach w lesie. Ojciec nie mógł pracować długo. Rany odniesione jeszcze w czasie I wojny światowej, intensywny wysiłek i trudne warunki życia stały się przyczyną poważnej choroby. W ciężkim stanie został przewieziony do szpitala w najbliższym miasteczku. Nie miałam na zesłaniu innych krewnych, więc chciano mnie oddać do rosyjskiego domu dziecka. Miałam tam trafić już wcześniej, na skutek donosu, o tym, że jestem dzieckiem przybranym. Ogromnie się tego bałam. Byłam pewna, że jeśli tam trafię do to już nigdy nikt mnie nie odnajdzie, przerażała mnie myśl, że miałabym zostać w tamtych rejonach na zawsze. Kiedy zabrano ojca do szpitala, zostałam sama. Tułałam się w różnych miejscach. W lecie zbierałam jagody, nie pamiętam, co jadłam zimą. Przez krótki czas mieszkałam w internacie, który znajdował się niedaleko wioski. Warunki były tam straszne. Byliśmy wtedy w stanie zjeść chyba wszystko – surowe ziemniaki, zupę z zamrożonych liści kapusty. Ojciec ze szpitala dostał się do domu inwalidów, widywałam go raz, może dwa razy w miesiącu”.
..............

30 lipca 1941 r. Władysław Sikorski i Iwan Majski podpisali w Londynie układ polsko-radziecki. Do układu dołączono dodatkowy protokół: Z chwilą przywrócenia stosunków dyplomatycznych Rząd Radziecki udzieli amnestii wszystkim obywatelom polskim, którzy są obecnie pozbawieni wolności na terytorium ZSRR. Zesłańczy status obywateli polskich został zniesiony dekretem Prezydium Rady Najwyższej ZSRR z 12 sierpnia 1941 r., uzyskali oni prawo wyboru miejsca zamieszkania na terenie ZSRR (z wyjątkiem określonych rejonów i miejscowości). Mimo, iż władze radzieckie dosyć często utrudniały wyjazd z miejsca zesłania, Polacy zaczęli masowo opuszczać tereny, gdzie, mogliby nie przetrwać kolejnej zimy.

Polskie domy dziecka w ZSRR

L.W.: „W sierpniu 1942 r. znajomy rodziców załatwił mi pobyt w polskim Domu Dziecka. Przed wyjazdem odwiedziłam ojca, który był już w bardzo złym stanie. Dwa tygodnie po ostatnim spotkaniu ze mną, zmarł. Ja udałam się do sierocińca w mieście Wilgord, założonego przez Ambasadę Polski z pomocą Stanów Zjednoczonych. Na początku warunki były tam bardzo dobre. Przez jakiś czas mieliśmy smalec amerykański, mleko w proszku... Później, kiedy niemalże cała żywność była zabierana na front, znowu szczawiowa zupa z robakami i kołchozowa kapusta przy drodze stały się głównym pożywieniem. W sierocińcu przebywało około setki dzieci, polskich i żydowskich. Najgorsze były zimy. Kiedy chodziłam do lasu na jagody w listopadzie, to z powodu braku odpowiednich butów i ubrań, miałam odmrożone stopy i ręce.

We wrześniu 1943 r. powiedziano nam, że dzieci będą zabierane do domu dziecka pod Moskwą. Dzieci te, wcześniej wyuczone na komsomolców, miały w przyszłości wrócić do Polski. Pomyślałam, iż gorzej niż tam, gdzie przebywałam dotychczas nie będzie,
a komsomołką z całą pewnością nie zostanę. W październiku wyjechałam, wraz z innymi, do Zagorska pod Moskwą, gdzie znajdował się pokazowy Dom Dziecka Polskiego. Chodziło
o to, by pokazać jak „dobrze” jest polskim dzieciom w Związku Radzieckim, jak tylko ktoś
z państwowych dygnitarzy, czy też przedstawicieli Wojska Polskiego przyjeżdżał do Moskwy, od razu przywożono go do Zagorska.
Po podróży najpierw udaliśmy się do łaźni, gdzie wreszcie czekała nas porządna kąpiel. Spalono nasze zawszone ubrania. Dom dostawał paczki z UNRRA, pamiętam, że ubrano nas w bardzo kolorowe ubrania. Dziwnie wyglądaliśmy... Jakąż radość przeżyliśmy na widok łóżek z pościelą! Porcje żywności, które otrzymywaliśmy, były niewystarczające, jednakże w porównaniu z tym, jak żyliśmy dotychczas, w Zagorsku było dobrze. Dyrektorka była ładna
i elegancka kobieta, która jak mało kto, potrafiła utrzymać ogólny porządek. Ależ mieliśmy dyscyplinę! Chodziliśmy do polskiej szkoły. Pamiętam dzień, kiedy dotarła do nas wiadomość o zakończeniu wojny. Tańczyliśmy w pokojach w radości. Dla nas wtedy była to wiadomość o tym, że wracamy do Polski! Panowała świąteczna atmosfera, tego dnia dostaliśmy nawet lepszy obiad...
Do Polski wracaliśmy dopiero w marcu 1946 r. Ubierano nas w nowe, odpowiednio przygotowane mundurki. W Moskwie miała nas pożegnać Wanda Wasilewska i Stanisław Skrzeszewski. Pamiętam, że na miejscu, w Polsce, byliśmy w piątek o czwartej rano. W Warszawie przywitali nas harcerze. Pojechaliśmy do Kutna, stamtąd do Gostynina, gdzie otrzymywaliśmy skierowania do różnych domów dziecka w Polsce. Tam rozstałam się
z najbliższą mi w tamtym okresie osobą, przyjaciółką z Domu Dziecka pod Moskwą, nie zobaczyłyśmy się już nigdy więcej. Mnie wysłano do Gdańska. Jeszcze z Gostynina wysłałam list do mamy. Dopiero po upływie około roku udało nam się skontaktować.

Kiedy byłam młodsza nie myślałam dużo o pobycie na zesłaniu, w Polsce Ludowej ten temat nie był poruszany, a poza tym, natłok zajęć pozwalał mi unikać analizowania przeszłości. Kiedy teraz czasem o tym myślę, zastanawia mnie to, jak kilkunastoletniemu, samotnemu dziecku udało się przetrwać w nieludzkich warunkach zesłania”.
W Jastrzębiu Pani Leokadia mieszka od 1974 r.

Opracowała: Anna Wuwer

 


 




Leokadia Wąsik
powrót »