Wspomnienia jastrzębian


powrót »
Uciec stamtąd. Historia zesłania na Sybir

Spisywanie swoich wspomnień Włodzimierz Kordiak rozpoczął w siedemdziesiątą rocznicę urodzin. Powstałej książki autor nie nazywa autobiografią, niewiele jest w niej dat, chronologia przedstawionych wydarzeń nie jest rzeczą najważniejszą. Oryginał najprawdopodobniej nigdy nie zostanie powielony, nie to, bowiem było zamysłem autora. Pan Włodzimierz napisał kronikę swojego życia, żeby niczego nie zapomnieć. Zasadniczym powodem pisania, wyjaśnia we wstępie, była chęć wypowiedzenia się. Chodziło o to, by nadać wspomnieniom formę materialną i dzięki temu mieć pewność, że są czymś trwałym. Poniżej przedstawiamy fragmenty rozmowy z W. Kordiakiem oraz wycinki z kroniki dotyczące przede wszystkim doświadczenia zesłania na Sybir.

W dniu radzieckiej inwazji na Polskę, 17 września 1939 r., Włodzimierz Kordiak był jedenastoletnim chłopcem. Mieszkał wraz z rodziną niedaleko Jarosławia, we wsi Surochów, po prawej stronie rzeki San. W pierwszych miesiącach radzieckiej okupacji, ze wsi na Sybir deportowano głównie zamożnych gospodarzy, nauczycieli i urzędników państwowych. „NKWD przyjeżdżało w nocy, samochodem, który nazywaliśmy chiornym vorom, wspomina Pan Włodzimierz. Po wtargnięciu do mieszkania dawali 10 minut na zabranie do rąk kilku najpotrzebniejszych rzeczy i pakowali do tego ciężarowego samochodu”. To były pojedyncze wywózki, natomiast wywóz generalny miał miejsce 10 marca 1940 r. po ustaleniu granicy na Sanie. „Rosjanie 800 m od nurtu rzeki postawili dwurzędowe zasieki trzymetrowej wysokości, z drutu kolczastego. Ziemia między zasiekami była bronowana, aby ślady stóp były widoczne. I z tej strefy 800 m, gdzie była wioska, wszyscy byli wysiedlani na Sybir. Ja w Surochowie zostałem, wspomina Pan Włodzimierz, bo akurat brakowało 200 m”. W czerwcu 1941 r. do wsi weszli Niemcy. Mieszkające w wiosce rodziny żydowskie i cygańskie zostały wysłane do obozów koncentracyjnych. W 1944 r. znów przyszli Rosjanie, W. Kordiak był wtedy uczniem drugiej klasy gimnazjum w Jarosławiu. Wielu spośród jego kolegów należało do organizacji podziemnych, m.in. do Armii Krajowej. „Byłem wtedy bardzo niedoświadczony, ale działałem z nimi, co mi kazali, to robiłem”. Jesienią 1944 r. zorganizowano akcję malowania symbolu Polski Walczącej na wagonach jadących do Rosji, chciano w ten sposób dodać otuchy Polakom przebywającym w tym czasie na terenach Związku Radzieckiego. W. Kordiak został przyłapany przez NKWD na wykonywaniu zadania.

Nigdy w życiu czegoś podobnego nie przeżywałem. Zatrzymano mnie, a później zawieziono do aresztu we Lwowie, gdzie kontynuowano przesłuchanie. Co pisałem na wagonach, czy wiem co to jest AK, czy do nich należałem, kto mi kazał to robić itd. Oprócz pisania, do niczego innego się nie przyznawałem, bo nie mogli wiedzieć o innych sprawach. Wówczas dostawałem lanie kawałkiem kabla do izolacji i zmuszano mnie, bym jednak powiedział, to mnie zwolnią. Nic więcej nie mogłem powiedzieć, doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. Byłem młody i nie do końca rozumiałem własną sytuację, moje uczucia dominował strach i tęsknota za domem.

W. Kordiak został skazany na zesłanie na Sybir. Skazanych transportowano w krytych wagonach towarowych z zakratowanymi oknami. Do jednego wagonu załadowywano tzw. politycznych i przestępców pospolitych, chuliganów, morderców. W wagonach panował smród, oddychanie przychodziło z trudem, dziura w podłodze wagonu służyła do załatwiania potrzeb fizjologicznych.

Jechaliśmy dniami i nocami. Zatraciliśmy orientację gdzie się znajdujemy, jaki jest dzień czy miesiąc. (...)Tak ja z wieloma innymi, dotarłem w nieznane miejsce. Był wczesny poranek, bardzo mroźny, wszystko było pokryte śniegiem. Wyprowadzono nas z wagonów, ustawiono w szeregi i poprowadzono na miejsce zesłania. Na pół zdziczali, byliśmy jak szkielety ludzkie.Miejsce zesłania Włodzimierza Kordiaka: okręg mołotowski, region jurliński, w okolicach wsi Siuroł pod Uralem, niedaleko rzeki Kamy.

Zarządzono zbiórkę, podzielono nas na grupy wiekowe i powiedziano, że będziemy pracować przy wyrębie drewna w lesie. Przydzielono mnie do kilkuosobowej brygady młodzieżowej. (...) Praca polegała na tym, że starsi zesłańcy ścinali ogromne kłody drewna ręcznymi piłami, a my, młodsi, obcinaliśmy gałęzie. Główny pień drewna był przeznaczony do wywozu na bocznicę kolejową, która znajdowała się daleko od miejsca pracy. (...)Trakt gąsienicowy Staliniec, transportował drewno do stacyjki kolejowej, tam je ładowano na wagony towarowe. (...) Mieszkaliśmy w ziemiankach. Wewnątrz kilka pryczy i z rury stalowej prymitywny piecyk do palenia drewnem. Drabinka do wchodzenia i wychodzenia, i to wszystko.

Z wyznaczonego rejonu nie wolno było się oddalać. Zesłańcy nie znajdowali się pod strażą, jednakże w miejscu, gdzie nie ma dokąd uciec, uzbrojony konwój okazuje się zbyteczny. Wśród zesłańców krążyły pogłoski o wiosce Siuroł, w której mieli znajdować się inni wywiezieni z kraju w 1944 r. Polacy. Znajdowała się ona jednakże daleko od miejsca pracy tej grupy zesłańców. Ucieczka wiązała się przede wszystkim z groźbą zamarznięcia oraz ryzykiem ponownego zatrzymania na terenie Związku Radzieckiego, co dla osoby bez dokumentów, było równoznaczne z kolejnym wyrokiem.

Po jakimś czasie zostałem pomocnikiem traktorzysty. Miałem z nim przewozić drewno do bardzo oddalonej bocznicy kolejowej. Taki transport w jedną stronę trwał bardzo długo, bo około sześciu godzin. (...)Pewnego dnia, przed przejazdem kolejowym zostaliśmy zatrzymani przez staruszka, który wymachiwał czerwoną chorągiewką w naszym kierunku. Za chwilę miał przejeżdżać tędy pociąg. Korzystając z chwili postoju, wyskoczyłem z kabiny i podszedłem do tego człowieka. (...)Mężczyzna okazał się być profesorem Uniwersytetu Wileńskiego, przywiezionym tu w 1939 r. Powiedział, żebym próbował uciekać. W czasie tej krótkiej rozmowy dał mi wiele cennych wskazówek, które potem wykorzystałem, jak nadarzyła się okazja.

Na początku 1947 r. Pan Włodzimierz postanowił uciec.

Było to wieczorem. Robiła się szarówka, obok składnicy kolejowej przejeżdżał pociąg towarowy z kilkoma wagonami drewna. Zatrzymał się w pobliżu. Po chwili usłyszałem sygnał gwizdka na odjazd. Wykorzystując moment nieuwagi traktorzysty, wskoczyłem czym prędzej na stopień wagonu, który ruszał z miejsca. Nie miałem pojęcia gdzie dokładnie jestem i dokąd jadę.

Ucieczka Włodzimierza Kordiaka trwała ponad trzy miesiące. Przejechał ogromne odległości pociągami, które wybierał przypadkowo. Sprawdzając, po której stronie drzewa rośnie mech, kierował się na zachód. Podczas najzimniejszych miesięcy chwila słabości groziła zamarznięciem.Pewnego wieczoru zauważyłem w oddali kontur lasu. Pomyślałem, że urządzę tam sobie nocleg pod drzewami. Leżał jeszcze śnieg i utrzymywał się mróz, daleko pod lasem rosły pojedyncze świerki. Podchodząc pod jeden taki świerk, zauważyłem, że jest on obsypany obfitą warstwą śniegu. Kiedy się do niego zbliżyłem, dokładnie się przyjrzałem, dech mi zaparło. To nie był świerk. To kilkoro zamarzniętych ludzi, zamarzli złączeni ze sobą, przysypani śniegiem.

Zbiegowi, nie mającemu dokumentów, nie wolno było zbliżać się do dworców kolejowych, które pełne były milicji. Ponowne zatrzymanie groziło łagrem. Musiał unikać też większych skupisk ludzkich, przede wszystkim miejsc, gdzie gromadziło się wielu młodych ludzi, od młodzieży komsomolskiej nie mógł oczekiwać pomocy, co więcej, należało obawiać się doniesienia. Wsparcia mógł szukać w domach na uboczu, oddalonych od terenów zabudowanych, u ludzi starych i doświadczonych.

Z lodu zrywałem resztki kory i żułem, by nie paść z głodu. Starałem się utrzymać kierunek na Moskwę. Nie zdawałem sobie sprawy z tego jak to jest daleko. (...)Ten koszmar trwał już około dwóch miesięcy. Wychudzony, wynędzniały, ledwo trzymałem się na nogach. (...)Pewnego wieczoru głodny i zmarznięty zapukałem do chałupy na skraju zabudowań. Otkroj hozjain, eto svoj! (Otwórzcie gospodarzu, jestem swój). Kakoj svoj?! Zdes’ svoih net.( Swój?! Tu nie ma swoich!)

Otworzył mi starszy, przygarbiony człowiek. Wszedłem do ogrzanej izby. (...)Staruszka nalała mi gorącej herbaty. Potem nalała do miski kartoflanej zupy, dała kawałek razowego chleba. Kiedy zjadłem, przejrzałem na oczy i poczułem ciepło, dopiero wtedy zaczęli zadawać mi pytania. Mężczyzna zapewnił mnie, że nie muszę się ich bać. Nie wiedziałem, co powinienem mówić, wszystko było im już wiadome. (...)Rano umyłem się z wielotygodniowego brudu, staruszka podała śniadanie, a potem udzielono mi informacji, co do dalszej drogi.

Na stacji „gdzieś w lewo od Moskwy na zachód” W. Kordiak spotkał grupę Żydów pochodzących z Łodzi i Radomia, którzy w czasie okupacji niemieckiej uciekli z Polski, a po przedostaniu się do Rosji, zostali wywiezieni na Ural. Wracali w ramach repatriacji. Razem z nimi dotarł do stacji Kiwerce na Wołyniu. Nie mając żadnych dokumentów, nie mógł jechać dalej. Postanowił więc odnaleźć dom ciotki, mieszkającej z rodziną w Łucku. Następnie udał się do Lwowa. Po drodze było jednak jeszcze miasto Brody.

Za Brodami, we wsi Nakwasza, mieszkali znajomi moich rodziców. Postanowiłem ich odwiedzić. (...)Wioska wyglądała na wymarłą, ani jednego światła, tylko słychać szczekanie psów. (...)Na tamtych terenach przebywała jeszcze ukraińska partyzantka UPA, która miała dobrze zorganizowaną sieć podziemnych schronów. Przybyły właśnie garnizon NDWD miał za zadanie likwidację partyzantów i pacyfikację miejscowej ludności, która wspierała partyzantów. Wydano rozporządzenie by w całym tamtym rejonie od zmierzchu do świtu nikt nie ważył się wychodzić z domu, bo bez żadnego ostrzeżenia zostanie zastrzelony. Nie wolno też było palić światła w nocy. Przybyłem do wioski nocą, minął mnie samochód z uzbrojonymi funkcjonariuszami NKWD w środku, nie widziałem w tym nic nadzwyczajnego, później uświadomiono mi, jakie miałem szczęście, że przeżyłem.

Pan Włodzimierz do dziś wspomina radość, jaką odczuwał w jednym w lwowskim autobusów na dźwięk rozmowy w języku polskim, którego nie słyszał już od tak dawna. Wyjeżdżając z Lwowa kierował się na Rawę, później do Medyki, gdzie naczelnik stacji był jego dobrym znajomym. Tam jakiś czas pracował. Po uzyskaniu przeniesienia do Przemyśla, załatwieniu dokumentów i etatu pracownika zagranicznego kolei rosyjskiej w Przemyślu, W. Kordiak wreszcie przekroczył polską granicę. Nie mógł pojechać do domu, gdyż miał ograniczony obszar poruszania się, w budynku kolei, na piętrze znajdowało się biuro kontrwywiadu radzieckiego.

Naprzeciwko hotelu pracowniczego, w którym mieszkałem był sklep spożywczy pana Zygmunta. Na jego adres otrzymywałem listy, kilka razy odwiedziła mnie matka. (...)Poznawałem tajniki handlu przez granicę, mistrzami tego fachu byli Żydzi, zajmujący się wysyłaniem rubli i dolarów stąd i sprowadzaniem z Rosji złota. Dzięki Żydom, którzy mieli swój kontrwywiad wiedziałem, że Rosjanie planują wyeliminować pracujących w biurze Polaków i Ukraińców. Planowałem ucieczkę.

Później była Świdnica, Szczecin, Miastko, gdzie po kilku przeprowadzkach zamieszkali rodzice W. Kordiaka, po tym jak byli zmuszeni opuścić rodzinne strony w ramach zasiedlania Ziemi Odzyskanych. Pan Włodzimierz ukończył szkołę, w wojsku dosłużył się stopnia porucznika. Z wojska wyszedł w listopadzie 1953 r. W 1954 r. został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa w Gdańsku, z artykułu za próbę obalenia ustroju sowieckiego. W czasie wyniszczających fizycznie i psychicznie przesłuchań stawiano mu niejasne zarzuty szpiegostwa. Niczego nie udowodniono, po upływie około roku został zwolniony. W. Kordiak pamięta, że kiedy wychodził padał lekki deszcz, wie dokładnie, jakimi papierosami poczęstował go sklepikarz, „potrącałem ludzi, mówi, nie mogłem iść chodnikiem”. Pozostanie w Gdańsku nie miało sensu, każdy jego krok śledziło UB. Pan Włodzimierz osiadł na jakiś czas z rodzicami w Miastku. Do Jastrzębia przyjechał w latach 70-tych.

Włodzimierz Kordiak posiada status osoby represjonowanej. Jest członkiem Związku Sybiraków, który jednoczy osoby związane ze sobą doświadczeniem, o którym mogą nam opowiedzieć, ale nie mogą liczyć na zrozumienie.

Fragmenty wiersza Włodzimierza Kordiaka dedykowanego przewodniczącemu Związku, Ryszardowi Czerneckiemu.

Od Wołynia do Kobrynia, jest to drogi szmat,
Stamtąd został wywieziony nie jeden nasz brat.
Wywozili matki, żony, ojców, synów wypłoszonych,
Hen daleko w syberyjski chłodny świat.
(...)
Wróg dokonał spustoszenia, rzucił kość nienawiści,
Zaczęły się antagonizmy, rozrywane stare blizny.
Więc zaczęła się gehenna, smutna, nieprzyjemna.
A okupant wciąż podburzał, sam udawał tylko stróża.
(...)
Tak wywieźli Czerneckiego, wraz z rodziną z domu jego,
Z domu jego na Wołyniu.
Z tamtej ziemi żyznej urodzajnej,
Z tych przepięknych lasów, kwiatów, owadów.

Pozostały korzenie, rozpacz, ból, zmartwienie,
Pozostał na Wołyniu smutek i żal.
Przed Ryszardem młodym stanęła bezkresna, sina dal,
Wywieziono ich do Kazachstanu, do nędzy i bałaganu.
(...)
A myśmy szli i szli niepokonani, do prac przymusem gnani.
Aż nadszedł czas naszego powrotu, pozbywając się tamtego kłopotu.
O szczegółach już nie piszę, tamte sprawy jeszcze słyszę,
Każdy o tym dobrze wie, jak to było i gdzie.

Powróciliśmy do kraju, tego spragnionego raju.
Ciężkie były pierwsze lata i uboga była chata.
Każdy szukał jakiejś pracy i szukali się rodacy,
By wzajemnie razem być i wzajemnie razem żyć.
(...)
Bo można się dzielić kromką powszechnego chleba,
Ostatnim łykiem w spiekocie pustyni,
Zgodnie podzielić straty i zysków wynik,
Łamać się opłatkiem, świętym słowem – przebacz.

Dzielić się po bratersku obszarem wolności,
Urodą życia, brzemieniem pokuty,
O wspólne losy rzucać kości,
Dzielić się beczką miodu i kłączem cykuty.

Można dzielić nadzieję, skarb wiary i miłość,
W Bożych nakazach zapisane cnoty.
Ale nie można żadną ludzką siłą,
Dławiącej serce – podzielić tęsknoty.

 

Opracowała Anna Wuwer

 


 

 




Włodzimierz Kordiak
powrót »