Wspomnienia jastrzębian


powrót »
Życie codzienne dawniej

„Do Jastrzębia przyjechałam w r. 1951"- tymi słowy pani Maria rozpoczyna historię swojego dorosłego życia. Urodziła się w 1927 r. we wsi Rudziczka niedaleko Żor. W wieku 24 lat wzięła ślub z Erykiem Lerchem i przeprowadziła się do Jastrzębia - na Dębinę. „Dzisio momy za płotem kopalnię „Zofiówka", bloki i wysypisko śmieci, i mało kiery z młodszego pokolenia by uwierzył, że piyrwej tu w Jastrzębiu były same pola, łąki i gospodarstwa wiejskie"- śmieje się pani Maria.

Ale zacznijmy od początku. Kiedy po ślubie pani Maria wprowadziła się do swojego nowego domu, nie było łatwo. Kiedyś było tak, że młoda żona, żeby wkupić się w nową społeczność, musiała wykazać się przed teściami i sąsiadami. Mieszkała pod jednym dachem z mężem i teściową (jej teść poległ na wojnie). Teściowa była córką młynarza Karola Heindricha, pochodziła więc z dość zamożnej i wpływowej, jak na tamte czasy, rodziny. Stary młyn znajdował się na tzw. Zamłyniu, w miejscu dzisiejszych garaży przy ul. Turystycznej. „Chłop był za mną, ale robił w Przedsiębiorstwie Budowy Szybów, a robota ta wiązała się z wyjazdami i do chałpy wracoł ino roz na tydzień"- wspomina pani Maria. Kiedy w Jastrzębiu otwarto kopalnie, jej mąż przeniósł się tu do pracy. „Jo żodnej roboty żech się nie boła, tak żech była nauczono w domu. Nie dałach se dogadywać i rządzić, słuchałach rad starki, ale i tak prowadziłach gospodarstwo po swojymu". Po ślubie, zgodnie z tradycją, aby wkupić się do nowej rodziny, rodzice pani Marii ofiarowali wiano. W posagu była jedna krowa, puchowa pierzyna i poducha, pościel, sztućce, talerze, garnki, wiadra, a na każde święta karpie, gdyż w domu rodzinnym były stawy rybne. W gospodarstwie na Dębinie chowano 2 krowy, 2 świnie, 15 baranów, króliki, kury, koguty i gęsi- tak, że było co robić. Po wojnie stodoła była spalona i chlew znajdował się w domu. Pierwszą inwestycją Lerchów była więc murowana stodoła. „Zajechali my wozem do cegielni Alojza Szraja, kiero była tam, kaj teraz stoi Urząd Miasta. Kole cegielni był dół, skąd wybierali glinę do wyrobu cegły. Wrzucali tam też połomanom cegłę i odpady, kiere nie nadały się do sprzedanio. Stamtąd za symboliczną złotówkę Szraj pozwolił nom wziąć se tej cegły". Sami robili zaprawę i tak stanęły murowane filary stodoły. Podczas wojny bomba spadła też na dom, dach spalił się doszczętnie. Trzeba było go na nowo pokryć dachówką, którą zakupili od Glanca z Bzia. Wnętrze domu było osmolone, konieczne było więc też pomalowanie ścian. Tym zajęła się pani Maria.

Szrajowie byli najbogatszymi właścicielami ziemskimi w okolicy. Pochodzili z Raciborza. Alojz Szraj miał duży dwór, w miejscu gdzie dzisiaj jest osiedle na ul. Katowickiej. Ludzie wołali na niego "dziedzic". Oprócz tego miał w posiadaniu cegielnię i dworek na Kyndrze. Brat Alojza- Józef, miał na Dębinie dworek, zaraz w sąsiedztwie pola Lerchów. Józef Szraj był bogatym właścicielem folwarku, miał 300 jutrzyn pola (ok. 80 hektarów), 20 krów, konie, świnie i drób. Wynajmował służące, pokojówki i robotników. Zwykle miał u siebie siedmiu podjętych ludzi. Pani Maria też chodziła na roboty do Szrajów, żeby zarobić trochę pieniędzy, móc pożyczyć konia albo dostać coś w towarze np. wóz koniczyny z sianem dla krów. Najwięcej roboty było w żniwa, przy wykopkach ziemniaków, sianokosach, sadzeniu kapusty, plewieniu marchewki czy buraków. „Było wtedy ciynżko, robiło się od świtu do zmierzchu cały dzień, bo do obrobienio było też swoji gospodarstwo i pole. Rok po ślubie urodziłach pierwsze dziecko, tym bardzij było fest roboty".

„ Wiecie stowało się o 4 rano, razy m ze wschody m słońca, w zimie trocha późnij-kole 5. Nie było zygarów, po wojnie „ruscy" wszystko poniszczyli albo pokradli co cenniejsze. Trza było wydoić i oporządzić krowy, nafutrować inne zwierzęta". Mleko najpierw wykorzystywano na własny użytek, do wyrobu masła, białego sera, kiszki (zsiadłego mleka) i maślanki. Kiedy okazało się, że mleka jest za dużo, Pani Maria postanowiła je sprzedawać. Najpierw zanosiła je do dworu Szraja, skąd było zawożone do mleczarni do Pawłowic. Po jakimś czasie, kiedy więcej gospodarstw na Dębinie podłapało pomysł na zarobienie pieniędzy, codziennie o 5-6 rano jeździł mlyczkorz, który odbierał mleko. Był to dobry pomysł na zarobienie niemałych pieniędzy, bo zdarzało się, że sprzedając mleko i dorabiając na służbie pani Maria zarabiała więcej niż jej mąż.

Po odbywaniu krów szło się zjeść śniadanie. Ludzie najczęściej jedli chleb z masłem, serem, smalcem, rzadziej jajka na twardo, na miękko albo smażonkę (jajecznicę). Chleb wypiekano samemu. „Pieklimy w chałpie 4 duże bochny co dwa tygodnie, zawsze w sobotę"- wspomina lata swojej młodości pogodna staruszka. Po śniadaniu szło się na służbę albo do swojego pola, zależy jaka była pora roku i jakie akurat były prace polowe do zrobienia. „Przed połedniem robiłach obiod. Roz do roku, na święta abo w styczniu, zabijało się dorodnego kormika (prosiaka), kiery wożył do 150 kg, a jego mięso i tłuszcz, poporcjowane, zagotowywalimy w krauzach". Trzeba było pasteryzować je 4,5 godziny, żeby wytrzymało przez cały rok. Kości wędzono w specjalnej wędzarni, wytapiano też smalec ze skwarkami do smarowania chleba i do smażonki. „Na obiod najczęściej otwierało się ta krauza z mięsem i z niego robiłach mięso pieczone z ziemniokami abo czornymi kluskami, polote sosym mięsnym i z kapustą". Każdego roku jesienią kisiło się wielkie drzywko (beczkę) kapusty. Inaczej, bo bardziej odświętnie, gotowało się niedzielny obiad. Podstawą były rolady ze słoniną w środku albo kotlety, do tego biołe kluski polanę mięsnym sosem, i kapusta dymfowana, czyli gotowana na parze z dodatkiem smalcu ze szpyrkami i cebulą.

W niedzielę robiło się też rosół z marchewką, pietruszką! swojskim makaronem. „Lubiłach i dalij lubia warzić, przez to mój chłop godoł, że codziennie czuje się jak na weselu. A ja k już my som przy godce, co się downij jodało, to zostaje jeszcze wieczerzo. Na kolację jedlimy najeżyńścij kiszony żur z ziemniokami poloty skwarkami. Zakwas na żur robiłach w boncloku (gliniany garnek) ze szrutru z żyta zalotego ciepłą wodą". Czasami jadano zupy mleczne: mylkę (mleko z mąką pszenną), zacierkę (mleko i jajko wymieszane z dużą ilością mąki), hawerfloki (płatki owsiane), prażonki (grubo pomielona pszenica wsypywana stopniowo do gotującej się wody, z dodatkiem cukru i masła). Na większe zakupy pani Maria jeździła do Żor, mniejsze robiła w Zdroju. „Był tam (w Zdroju- przyp. red.) masorz i piekorz, jak czegoś brakło to na kole się jechało. W pewnym czasie wszedł przepis państwowy, że nie można se było samemu oddować do młyna zboża na mąka. Zostawało abo mielić są my mu na żarnach abo kupować chlyb od piekorza. Z tego co pamiętom to tyn w Zdroju nazywoł się Chyła i jego piekarnia była kole starego kina (kino „Zdrój"- przyp. red). Z czasem zniesiono ten zakaz, ale ludzie już tak przyzwyczaili się do kupnego chleba, że nie chciało im się go samym wypiekać.

Zapytana o wspomnienia odnośnie uzdrowiska w Zdroju, pani Maria odpowiedziała, że uzdrowisko było, zjeżdżali tam bogaci ludzie nawet z bardzo daleka, żeby się leczyć, brać zdrowotne kąpiele. Pani Maria wspomina, że kiedyś nie było czasu, żeby zbyt często tam jeździć, jedynie na zakupy, ale to w konkretnym celu - nie było głowy, żeby się tam porozglądać, zapamiętać jakieś szczegóły. „Czasym chłop zabierołmie i dzieci do Zdroju na kawa do kawiarni abo na zdrowotną wodę. Pamiętom, że była słono i nie za dobro w smaku".

Kiedyś było mało czasu wolnego, przeznaczonego na rozrywkę czy przyjemności. W kuchni państwa Lerchów było radio, można było czasami posłuchać jakieś audycji albo muzyki. Radio „łapało" najczęściej stację katowicką albo niemiecką. W wolnej chwili grało się w młynek, w kości, w warcaby. „Piyrwej nie grało się w karty, bo godali, że kto gro w karty, mo łeb obdarty". Ciekawym zajęciem na zimowe wieczory były szkubaczki. „Po Trzech Królach przez cołki tydziń spotykały się w jednej chałpie młode zamężne baby i panny i szkubały pierze do późnych godzin nocnych, nawet do 1 w nocy. Jak robota była skończona, to my zapraszały chłopów na świyży kołocz, gorzołka i tańce". Zwykle chodziło się spać ok. 22, żeby rano wstać wraz ze wschodem słońca. Poza tym nie było telewizji, więc kiedy się ściemniło, nie było tyle rozrywek co teraz.Pani Maria pamięta, że zimą, w niedzielne popołudnie, po kościele i świątecznym obiedzie prawie cała wieś spotykała się na górkach, gdzie obecnie stoi kopalnia „Zofiówka", żeby pozjeżdżać na sankach, czy nartach zrobionych z klepek z beczki.

Zapytana o ubranie codzienne i strój odświętny noszony w dawnych latach, pani Maria opowiada: „Na niedzielę były odświyntne, kościelne szwory. Chodziło się w sukni do pół łydki, z długimi rynkowymi i stójką. Zimą suknia była w ciemnych kolorach, na to ciepły wełniany płaszcz, a latym oblekało się kwiecisto kiecka. Na głowa zawiązywałach kwiecistą jedwobną chustkę. Tak, że włosów nikt nie uwidzioł. Pletłach dwa warkocze i przypinało się je na głowie specjalnymi szpilkami. Pamiętom, że do kościoła trza było iść obowiązkowo co niedziela. Chodzili my przez Kyndre. Przed kościołem dziołchy stowały, żeby oblec pończochy i wypucować buty. Kościół był zawsze pełny. Na kożdy dziyń oblekałach się tak jak teraz: kiecka w roztomajtych kolorach, bluzka albo switer, bez lato chodziło się boso, bez szczewików, w zimie ubierało się półhalby (półbuty)".


Anna Lerch (etnolog, Jastrzębie Zdrój-Bzie)
Artykuł pochodzi z Biuletynu Galerii Historii Miasta. Rok IV, NR 11, Marzec 2009.

 




Maria Lerch
powrót »