Wspomnienia jastrzębian


powrót »
Specyficzne miasto

Urodziłem się 23 sierpnia 1934 roku w Świętochłowicach. Przeszedłem zwyczajową edukację: szkoła podstawowa, potem licealna, w 1952 roku zdawałem maturę, a potem wstąpiłem do Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego, które wówczas mieściło się w Krakowie, przy Alejach Mickiewicza 3. Tam mieszkałem, w tzw. Domesticum. Wykłady miałem na terenie wielu placówek oświatowych uczelni. Byłem studentem Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 1954 roku ten wydział został zlikwidowany przez władze PRL-u. W tym czasie byłem w seminarium. Zaczynało nas łącznie edukację 50 adeptów, a tylko 25 doszło do kapłaństwa i zostało wyświęconych. 14 sierpnia 1957 roku zostałem wyświęcony na kapłana, przez księdza biskupa Herberta Bednorza. Nasz rocznik był święcony „na raty”, ponieważ trzeba było mieć 23 lata, a myśmy nawet nie mieli tego wieku. Razem ze mną wyświęceni byli: ksiądz Michalik (już nie żyje), ksiądz Konrad Chłodek (nie żyje), ksiądz Liberski (pracuje w Afryce). Nasz biskup ordynariusz, który należy do tego samego rocznika był święcony dopiero 21 grudnia. Taki był mój początek duchowieństwa.

Posłano mnie do parafii Kalety im. Św. Józefa, gdzie byłem przez 5 lat. Stamtąd dostałem się do parafii Piotra i Pawła w Katowicach na stanowisko wikarego, gdzie służyłem w latach 1962-1968. Później biskup Bednorz mianował mnie rekolekcjonistą diecezjalnym i prowadziłem w Panewnikach Śląskich zamknięte rekolekcje od poniedziałku do czwartku, a w niedzielę jeździłem po parafiach i werbowałem ludzi. Sam pisałem sobie pracę magisterską, z własnej inicjatywy. Skoro nie było wydziału to nie miałem możliwości ukończenia studiów specjalistycznych. Moim promotorem był ksiądz profesor Piwowarski i miałem ją bronić w 1981 roku na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i wtedy mnie biskup Bednorz zawezwał i ustanowił proboszczem w Jastrzębiu. I tak od 1971 roku do 1974 pełniłem funkcję proboszcza w Kościele Sw. Katarzyny. Było to specyficzne miasto, wybudowane w reżimie i „zbieraństwie” ludności z całej Polski. Wiedziałem jednak tylko tyle, że w Jastrzębiu jest jeden kościółek pod wezwaniem św. Katarzyny i Opatrzności Bożej, do którego przynależy 65 tys. ludzi. Obecnie jest pięć parafii, a wtedy nie było nic. Przecieraliśmy ludziom ścieżkę do kościoła. Przed tym objęciem parafii pojechałem do Lublina obronić tytuł magisterski.

Zaczynałem wszystko od podstaw. Na początku było tylko dwóch wikarych: ksiądz Stanisław Płaza i ksiądz Piotr Polaczek (już nieżyjący). Organizowaliśmy różnego rodzaju pomieszczenia, by stworzyć miejsce dla tej rzeszy ludzi. Przykładowo: z obory zrobiliśmy kaplicę, z chlewików organizowaliśmy salki katechetyczne. Gdzieś trzeba było ludzi pomieścić. W każdą niedzielę mieliśmy przecież 25 chrztów! Musiałem zatrudnić aż 3 osoby w kancelarii do pomocy, przecież zastałem kościół zupełnie opuszczony, nie było komu archiwizować danych. Dziekanem był wówczas ksiądz Anzelm Skrobol – on dał mi prefabrykaty, by wybudować kolejne elementy parafii. Ale zawsze był ktoś, kto donosił do ówczesnych władz o naszych poczynaniach, dlatego mieliśmy częste kontrole. W ten czas w Jastrzębiu były zbudowane dwa osiedla, ale nie miały kościoła. 40 minut trzeba było iść przez bagna by wziąć udział w mszy. Wtedy puściłem „kaczkę dziennikarską”: rzekomo pomiędzy blokiem 5 i 6 mielibyśmy wybudować kościół. Niedługo po tym przyszli państwo Trybuchowscy, którzy należeli do Rady Duszpasterskiej z informacją, że przez całą noc mieli oświetloną ul. Wielkopolską. Władze myślały, że tam będzie budowany kościół!

Ludzi, wiernych było bardzo dużo i trzeba było sobie z tą ilością jakoś radzić przy bardzo małych możliwościach personalnych i kiepskich warunkach lokalowych. Przy ul. Średnicowej była kapliczka pod wezwaniem świętego Jana Nepomucena, tak duża, że tylko figura mieściła się w tej kapliczce. To była kapliczka jeszcze sprzed wojny, bardzo stara. Była też pani Matera, zwana „Materką”, która opiekowała się tą kapliczka i tego Nepomucena tak, jak potrafiła malowała. Biskup poradził, bym tam zaczął odprawiać msze. Ale nie można było w Kościele Serca Pana Jezusa, ani u nas ogłosić tej informacji, bo masowe zgromadzenia były nielegalne. Msze w ogóle były nielegalne. Ksiądz Basiak był wówczas moim wikarym, razem z księdzem Kozyrą. Rozpowiedzieliśmy razem o tym, że przy kapliczce będzie msza święta. To było w roku 1972. Już w pierwszą niedzielę po „pantoflowym” rozpuszczeniu informacji zebrała się o 9 rano setka ludzi! Obawiałem się, jak nagłośnić taką mszę, ale ludzie byli bardzo pomocni. Przynieśli akumulatory ze starych fiatów i jakieś prymitywne mikrofony. Wtedy określiłem jasno, że co niedzielę będzie odprawiana msza przy kapliczce, zastosowałem też przy tym wybieg mówiąc, że jest to specjalnie organizowane dla osób chorych i niepełnosprawnych. Oczywiście – to było tylko ogłoszenie, a przychodzili wszyscy, bo było znacznie bliżej i wygodniej. W niedzielę uczestniczyło we mszy tysiąc, dwa tysiące ludzi. Później nawet już trzy tysiące wiernych. Przecież nie zmieściliby się oni w żadnym kościele, w żadnej stodole, czy chlewiku.

Pamiętam pierwszą pasterkę, w 1972 roku. Poprosiłem księdza biskupa Kurpasa by przyszedł ją odprawić. Ludzi z kolei poprosiłem, by przynieśli pochodnie. Wiernych przyszło bardzo dużo, bo widzieliśmy wyraźnie nawet 200 metrów. Nagłośniliśmy to dość dobrze. Kiedy biskup zaczął homilię jakiś esbek zaczął krzyczeć: „wynoście się stąd do kościoła, to nie wasze miejsce”. Pamiętam tylko, jak wzięto go pod ramiona i wyniesiono. Tak ludzie byli za mną, stanęli w obronie kościoła i nawet trzeba było ich uspokajać, bo byli zdolni do wielu czynów, by bronić swojego prawa do wiary.

Długo trwało zanim zdobyliśmy zgodę na wybudowanie nowego kościoła. Władza już obawiała się tego, bo widziała, jak ludzie domagają się o nowe obiekty święte. Masa, rzesza pracowników kopalni domagała się otwartego życia duchowego. Jednak wciąż nam odmawiano pozwolenia na budowę. To miało być miasto socjalistyczne, gdzie nie ma kościoła. Nie było nawet rynku, miejsca dla ludzi, na wolny ich czas. Tu miał panować socjalizm, nowe rządy. Robotnicy do pracy, żadnych wolnych sobót, czy niedziel, pominięcie wyższych potrzeb człowieka. Chcieli stworzyć miasto niewolnicze.

Posyłaliśmy masę pism do urzędów z prośbą o wybudowanie kościoła, ale nie było żadnej reakcji. Jednak w 12 salkach, stworzonych prowizorycznie z chlewików i innych pomieszczeń gospodarczych uczyliśmy dzieci. Miałem z tego powodu wiele nieprzyjemności. Co chwila upominano mnie, że muszę zburzyć te pomieszczenia. Jednak wykpiłem się tym, że to nie ja budowałem, tylko ludzie. Wielu tych, którzy „w czynie społecznym” pomagali podczas budowy nowych obiektów, a dokładniej ich aranżacji na pomieszczenia parafialne przymknięto, to jest osadzono na jakiś czas w więzieniu. Ale szybko ich wypuszczono. Ksiądz biskup wówczas poradził mi, by podać nazwiska wszystkich księży dekanatu. Podałem wszelkie dane osób z naszego dekanatu, a nawet spoza niego, którzy nam naprawdę pomagali.

Nawet kolęda wymagała dodatkowego nakładu ludzi, na 65 tysięcy ludzi było tylko trzech księży. Zaangażowałem księży z okolic Jastrzębia, by pomogli w kolędzie. Przez dwa miesiące wspólnie obchodziliśmy całe miasto, a ludzie byli bardzo chętni do kolędy. Byli zainteresowani kościołem i byli przekonani, że msze przy kapliczce odbywają się za zgodą państwa. Społeczeństwo jastrzębskie bardzo pragnęło wiary, kościoła. Jasno wyrażali się w tej kwestii – potrzebujemy miejsca spotkań. Przecież na msze koło kapliczki przychodziło tysiące ludzi, którzy tam poznawali się, wspólnie jednoczyli! Ponadto to było jedyne połączenie pomiędzy Wodzisławiem a Katowicami i dlatego ludzie, którzy podróżowali musieli zatrzymywać pojazdy i znów narzekali na nas, bo nie mogli główną trasą się przemieszczać w godzinach mszy. Jednego razu wezwano policję w czasie, gdy odprawialiśmy mszę. Donieśli, że ulica jest nieprzejezdna. Milicjanci prosili w pewien sposób o ułatwienie przejazdu, ale nie mieli żadnej mocy. Na setki lub tysiące osób nie mieli żadnej siły przebicia. Szybko odeszli z tego miejsca, nie widząc powodów do dalszej interwencji.

Oczywiście niejednokrotnie byłem wzywany na przesłuchania. Wezwał mnie kiedyś Myszka, razem z księdzem Skrobolem w 1974 roku. Wezwano mnie do Sadu Powiatowego (Jastrzębie podlegało pod Wodzisław Śląski) i ksiądz Skrobol, jako dziekan. Sędzia nazywał mnie „oskarżonym”. Za jedno nielegalne zgromadzenie groziło mi 5 lat więzienia, a ja prowadziłem od 1972 roku te „nielegalne zgromadzenia” co niedziela. Gdybym został skazany to na pewno na dożywocie, bo za taką ilość mszy, po podliczeniu, otrzymałbym wyrok w setkach lat. Nagle do sędziego przyszedł jakiś pan i coś szeptał mu do ucha. Sędzia nagle zaczął mi mówić „księże proboszczu”. Zrozumiałem, że coś musiało się stać. Po Jastrzębiu poniosła się plotka, że zamknięto księdza Podlewskiego i księdza Skrobola. A władza bardzo się tego bała, bo oznaczałoby to zapewne niepokoje w społeczeństwie. Automatycznie mnie wypuszczono, wraz z dziekanem. Chciano mnie nawet odwozić na parafię i podkreślono, żebym koniecznie pokazał się wieczorem na ambonie.

Biskup mi zapowiedział, żebym zawsze dzwonił do niego nawet w środku nocy, jeśli wyniknęłyby jakieś problemy. Ustaliliśmy sygnał w razie, gdyby coś złego się działo – miały rozdzwonić się dzwony. Pewnej nocy, około godziny 1.00 przyszła na parafię setka ludzi, może więcej. Mieli ze sobą widły, narzędzia do walki. Ja natychmiast oświeciłem całe probostwo i ubrałem sutannę. Miałem wtedy wówczas 10 wikarych, którzy spali „po ludziach”, czyli korzystali z gościnności wiernych. Wszyscy zeszliśmy na probostwo. Był tam wóz strażacki, na którym siedzieli ubecy. Ludzie wtedy stanęli za nami murem, górnicy grozili nawet, że nie zjadą na dół. Dla ówczesnej władzy to było bardzo groźne ostrzeżenie. Widać było poparcie ludzi, którzy żądali nowego kościoła, domagali się go, odgrażając się strajkami. To był 1974 rok. Nasze kościelne pisma w sprawie wybudowania kościoła, pisane do wojewody Ziętka nie przynosiły jak dotychczas żadnych rezultatów.

14 maja 1974 roku przyszło zawiadomienie, że zezwolono na budowę kościoła i parafii. Ksiądz Bednorz to ogłosił w naszym kościele oraz na osiedlu. Jak się okazało mieliśmy zezwolenie na budowę, ale nie mieliśmy lokalizacji i od razu wysłaliśmy pismo z prośbą o lokalizację. Jak to można przewidzieć wyznaczyli nam teren na bagnie, gdzie nie można było wcale postawić kościoła. Przyjechał w ten czas po mnie ksiądz Bednorz w czasie, gdy prowadziłem lekcję katechezy. Powiedział, że musi zabrać mnie do urzędów, by załatwić lokalizację. Ale był skrupulatny i nie pozwolił na przerwanie religii (śmiech) i na szczęście pojawił się ksiądz Ludziarczyk, który mnie zastąpił. Pojechaliśmy do Urzędu Powiatowego w Wodzisławiu Śląskim. Ksiądz Bednorz przedstawił się, jako biskup katowicki i prosił o spotkanie z sekretarzem. Oczywiście odmówiono mu, tłumacząc się spotkaniem partyjnym. Ale postawił sprawę jasno, że ma mało czasu i może oczekiwać zaledwie 15 minut, inaczej sobie pójdzie. Jak widać liczono się jednak z siłą kościoła bo nawet 15 minut nie czekaliśmy. Zasiedliśmy na dużej Sali, gdzie wojewódzki urzędnik odruchowo zapalił i włączył podsłuch. Przedstawiono mnie jemu, jako „fajnego chłopa”, chociaż wiadomo było, jak nielegalnie organizowałem życie kościoła. Przecież nielegalna była moja katechizacja, moje salki przykościelne, moje spotkania na mszy przy kapliczce, moje nauki dzieci – wszystko co robiłem, było uznawane za nielegalne. Bednorz jednak miał niesamowite sposoby, by nawet gnębić ludzi z urzędów Najpierw zaczął mówić do niego po francusku (znał cztery języki), później po angielsku, ale nie było żadnej reakcji. Przeszedł na niemiecki, ale też nie rozumiał zbytnio Przeprowadził rozmowę w kilku językach, by tylko naczelnik podpisał przygotowany przez niego dokument, w którym oznaczył nową lokalizację. Bednorz wiedział, że podpisze, za bardzo władza obawiała się ludu, a ten nawet nie wiedział co podpisywał.

W połowie maja ogłosiliśmy, że wszyscy księża założą ubrania robocze i razem z ludźmi zaczną budować kościół. Było to w około połowie maja. Około tydzień po tym zdarzeniu zostałem przeniesiony do Krakowa na stanowisko ojca duchownego. Przyszedł po mnie ksiądz Czernecki, w okolicach sierpnia 1974 roku - dalej kontynuował msze przy kapliczce.

W tamtym czasie potrzebowałem mieć 14 wikarych, by poradzić sobie z obowiązkami. Zawsze jeden ksiądz odprawiał msze, a drugi spowiadał. Wysyłałem w niedzielę księży do chlewika, na osiedle, jednego do stodoły… Zawsze było masę pracy i szalone kłopoty z dostaniem księży. Chociaż mieliśmy jednego księdza, który nigdy nie jechał na wyznaczony mu teren, ponieważ chciał dostać paszport. Księża nie mieli prawa do wyjazdu, więc ten jeden został zwerbowany, w zamian za co otrzymał przepustkę za granicę.

Kiedy było zezwolenie na budowę wiedziałem już, kto będzie moim zastępcą, ale nie mogłem tego powiedzieć. Wówczas biskup wpadł na pomysł by na okres budowy kościoła diakoni jechali kolędować do Jastrzębia, a ja miałem być ich orędownikiem, kierownikiem duchowym. W ten czas 55 księży wychodziło na kolędę, a jeden z księży tylko rozdzielał poszczególne trasy, był koordynatorem. Jeden kleryk, nie diakoniczny, otrzymał polecenie by także odprawiać kolędę. Strasznie się bał, ale już w pierwszej rodzinie go bardzo serdecznie przywitano i stwierdzono, że jest księdzem kanonikiem, ponieważ miał bardzo duży brzuch.

Ludzie dawali ofiary na kolędach. Księża znosili datki z ofiar, które były bardzo duże i wrzucali je do wielkiej skrzyni. Ludzie czuli się wolni podczas kolędy, mieli chwilę odetchnienia od codziennego kieratu. Przyjmowano księży bardzo serdecznie, wszyscy cieszyli się z tego, że mogą przyjąć księdza. To była też manifestacja, określenie sacrum ludu, który zachował „coś dla siebie”.

Do Jastrzębia przyjechali ludzie przede wszystkim z wiosek całej Polski. Wiadomo, że każda rodzina z różnych społeczności, pochodzących z różnych terenów Polski miała inne oczekiwania względem księży, ale potrzebowali ich bardzo.

Gdziekolwiek wchodził komunizm to natychmiast likwidowano kościoły. Gromadne zgromadzenie było władzy nie na rękę. Nie zgadzało się to z ideałami socjalizmu. Miało nie być ani jednego kościoła, bo uczy wolności i daje człowiekowi wolną wolę. A powstało aż tyle: pierwsza parafia, która powstała to była Matki Kościoła, potem parafia Miłosierdzia Bożego, potem Podwyższenia Krzyża, następnie Matki Miłości i Sprawiedliwości Społecznej. Kościoły rosły, jak grzyby po deszczu (śmiech). Początkowo były to tylko baraki, surowe pomieszczenia, które służyły, jako niezbędne przestrzenie kościelne. Symboliczny był kościół „na górce”, górujący ponad całym miastem. Początkowo droga do tego kościoła była tragiczna, zmuszono władzę, by wybudowała drogę solidną. Wciąż przeszkadzano nam, w czasie budowy kolejnych elementów kościoła władze ówczesne próbowały wszystko utrudniać.

Od spraw budowy był ksiądz Antoni Stych. Milicja strasznie się go bała. On był doskonale zorientowany w sprawach budowlanych i miał odwagę, by nie tylko o wszystko prosić, a wręcz wymagać. Trzeba też zwrócić uwagę, że w tym czasie zaczął się organizować opór społeczny. Z czasem niepokoje społeczne zaczęły narastać, domagano się wolnej niedzieli, gdy tymczasem nie była ona dniem wolnym od pracy. Później, w 1980 roku, kiedy wybucha bunt księża służą górnikom i wspierają ich duchowo, udzielają spowiedzi na kopalniach i są bardzo pomocni przy „załatwianiu” nawet najmniejszych problemów. W czasie stanu wojennego kościół „na górce” stał się ośrodkiem oporu społecznego. Jest to fenomen, który się zdarzył w Jastrzębiu. W 1988 roku znów „na górce” gromadzą się ludzie, którzy strajkują przeciwko władzy. Przecież księża musieli coś robić, bo widzieli, jak bardzo to jest potrzebne. Cieszyliśmy się, że mieliśmy prawie wszystkich ludzi za sobą. Polacy są oporni, zadziorni i wtedy nie wszyscy chodzili z wielkiej religijności do kościoła, a często tylko po to, by dopiec ówczesnej władzy. Na złość śpiewali i podkreślali przynależność do kościoła. W czasie, gdy cała agentura pracowała na to, by stworzyć „nowego człowieka”, pokornego, wręcz otępiałego, ślepo wykonującego polecenia partii. Tutaj jednak zwyciężył człowiek, duża w tym zasługa kościoła. Wielu później przestało praktykować, ale w tym okresie społeczeństwo wiedziało, że kościół jest jedyną siłą, która może się przeciwstawić władzy. Ludzie byli bardzo zawzięci, stali w mrozie, nie patrzyli na warunki tylko szli gromadnie do kościoła. Mieliśmy wiele wzruszających sytuacji.

Kiedy trzeba było wysłać delegację do Ziętka zgłosiło się trzech mężczyzn o bardzo wysokim wykształceniu i pełnionych funkcjach zawodowych. Kiedy pojawili się u niego i zapowiedziano, że są to delegaci z Jastrzębia natychmiast ich wpuszczono. Ziętek pokazał im wtedy list, który dostał ode mnie, który szczegółowo opisywał warunki, w jakich mieszkańcy spędzali godziny kościele. Ponadto zdjęciami udokumentowałem, jak wygląda droga. Ale nasza delegacja stanęła za nami mówiąc, że to jeszcze zbyt delikatnie napisany list.

Ludzie stali za księżmi, za kościołem. Nikt nie mógł tego zignorować. Nie można było zlekceważyć tak ogromnej siły, która gromadziła całą rzeszę ludzi, potrzebujących kierownictwa. Cały aparat, który pilnował tego, by ludzie nie stali się wolno-myślącymi osobami nie był w stanie pokonać kościoła. Trzeba wspomnieć, że nigdy nikt nie namawiał mnie do przejścia na przeciwną stronę. Chociaż wielokrotnie „odwiedzano mnie” i inwigilowano moje działania, to jednak ominęły mnie większe represje. I chociaż donoszono nieustannie na wszystkich kapłanów mieli oni niesamowitą siłę i charyzmę. Musieli być rzeczywistą ostoją dla kościoła oraz dla ludzi.


Opracowanie: Paulina Krachało, Andrzej Kamiński
 




Ks. Czesław Podleski
powrót »