Wspomnienia jastrzębian


powrót »
Jego wojna

Mija kolejna rocznica wybuchu II Wojny Światowej. Zawsze jest to czas skłaniający do refleksji, szczególnie dla ludzi, którzy przeżyli to tragiczne wydarzenie. Mieszkańcy tego regionu zostali również wciągnięci w wir historii. Zostali uznani za Niemców i zmuszeni do walki w okupacyjnym wojsku. Wielu z nich założyło też polskie mundury a mimo to wojnie musieli udowadniać, że są Polakami. Ich życiorysy są pełne dramatycznych wydarzeń. Są dowodem na to, jak polityka wkrada się w losy zwykłych ludzi i odciska na nich bezlitosne piętno. Takie losy spotkały Piotra Wowrę.

1 września 1939 r. w piatek zwyczajnie poszedł do szkoły. Mieszkał wówczas w okolicach Pawłowic (obecnie Pniówek). Miał zacząć siódmą klasę. Od jakiegoś czasu krążyły pogłoski o wojnie, więc gdy wracając z kolegami, zobaczyli niemieckie samochody, nie byli specjalnie zszokowani. Już wiedzieli, że rozpoczęła się wojna. W poniedziałek nie poszedł już na lekcje - szkoła była zamknięta. W okolicach jego zamieszkania nie toczyły się żadne działania wojenne, więc jako dziecko z początku nie zauważył nic szczególnego. Jego rodzina podpisała tzw. Volkslistę, co oznaczało przydział do tzw. III grupy narodowościowej. Odmowa podpisania tej listy mogła zakończyć się wysłaniem całej rodziny do obozów koncentracyjnych. Był postrzegany, jako osoba częściowo spolonizowana, mógł więc jedynie uczęszczać do niemieckiej Rolniczej Szkoły Zawodowej. Lekcje odbywały się raz w tygodniu. Pomagał rodzicom w gospodarstwie, a od 1942 roku pracował na roli.

W listopadzie 1942 roku został skierowany do Reichsarbeitsdienst, czyli do Służby Pracy Rzeszy, organizacji wykonującej prace na rzecz Wehrmachtu i przygotowującej do wojska. Miał już wtedy 17 lat i 6 miesięcy, a był to wiek odpowiadający przymusowemu powołaniu do służby, więc szli tam wszyscy, Piotr nie zastanawiał się wtedy, czy to jest dobre. W marcu 1944 roku powołano go do Wehrmachtu, trafił do Tarnowskich Gór. Po pewnym czasie został przetransportowany do Nicei. W sierpniu 1944 r. we Francji, w okolicach Cannes wylądowali Amerykanie. Ostrzelali jego oddział moździerzami i karabinami maszynowymi. Piotrowi udaje się uciec. Kilkudniowa ucieczka w pełnym umundurowaniu, w sierpniowym upale skończyła się dla niego wizytą w punkcie opatrunkowym z powodu pęcherzy na stopach. Odpoczywał tam kilka dni, kiedy obudził się pewnego ranka, spostrzegł, że jest w bunkrze sam. Zrozumiał, że przespał ewakuację. Wyszedł na zewnątrz, ale jedyne co zauważył to wszechogarniająca cisza. Postanowił wrócić do środka, wziął prysznic i posilił się. Już w mundurze ponownie wyszedł z ukrycia, zobaczył czterech francuskich partyzantów zbliżających się do niego. Wiedział, że powinien sięgnąć po broń, jeżeli chce przeżyć. Mógłby zabić ich nawet jednym strzałem, ponieważ szli jeden za drugim. Nie zrobił jednak tego, partyzanci również nie. Piotr poddał się, zaprowadzono go do niedalekiej willi. Tam pojawił się amerykański żołnierz, który zaprowadził go do obozu jenieckiego. Tam doznał naprawdę poczucia głodu. Doskwierający był brak jedzenia i wody. Więźniowie kopali dołki w podmokłej ziemi, żeby woda zgromadziła się tam i taką pili. Ale dla Piotra uzależnionego od nikotyny, najgorszy był brak papierosów. Amerykańscy żołnierze wypalali je do połowy, po czym wyrzucali. Tym niedopałkiem dzielili się we dwoje, troje, czworo...Albo dym był przekazywany z ust do ust. Obok znajdował się przejściowy obóz wojska polskiego. Stamtąd przybywali agenci generała Andersa, żeby werbować do armii polskiej we Włoszech, żołnierzy polskiego pochodzenia. Wiedzieli, że tam jest więcej jedzenia oraz papieros do obiadu i kolacji. Zaspokojenie podstawowych instynktów było wtedy najważniejsze, dla Piotra nie miało znaczenia, że jako Polak przechodzi do polskiego obozu, była to kwestia drugorzędna. Teraz wspomina, że w wojsku niemieckim nie było segregacji, w przeciwieństwie do wojska polskiego. Tam stał na najniższym szczeblu hierarchii – stał się „szwabem”. Jednak wówczas ludzie przechodzili tam masowo, w obozie znaleźli się żołnierze z różnych stron świata, oprócz tych, którzy byli z SS.

Pobyt tam niestety nie był rajem, złodziejstwo, kombinacje stanowiły prozę dnia codziennego. Jakiś czas później załadowano ich na statek amerykański, który popłynął w stronę Włoch. Między Korsyką a Sardynią natknęli się na minę, statek zaczął tonąć. Było kilkaset metrów do brzegu, niektórzy dopłynęli wpław, a inni na deskach, pozostałościach z wraku, kilka osób utonęło. Następnym statkiem dotarli do celu. Trafił do obozu wojska polskiego w okolicach miasta Taranto, tam odbył się wpis do ewidencji, potem zaprowadzono ich do kąpieli i przydzielono mundury. Skradziono im kosztowności, Piotrowi udało się ukryć jeden zegarek. Po trzech tygodniach pojechali pociągiem w kierunku Bolonii. Ich oczom ukazały się budynki w ruinie oraz rozbite czołgi dookoła. Tam zaczęła się dla Piotra normalna, żołnierska służba - codzienne chodzenie na patrole. Brał udział w bitwie pod Bolonią w kwietniu 1945 roku. Dostał odłamkiem z moździerza w nogę, skierowano go do angielskiego punktu opatrunkowego. Opiekowała się nim piękna pielęgniarka, do tej pory wspomina ją jako ucieleśnienie anioła. Mówi, że w szpitalu polskim nie traktowano tak dobrze, pielęgniarki były niemiłe, opryskliwe. Rana przez dłuższy czas dawała we znaki. Szpitale były przepełnione, więc noga nie została wyleczona do końca. Jak leciała krew, najlepiej było zatamować ją moczem - tak robił.

We Włoszech zastał go koniec wojny. Nie wiedział, co robić. Rodzina namawiała do powrotu, ale z kraju dochodziły wieści, że teraz Polską rządzą Rosjanie. We wrześniu 1946 roku został przeniesiony do Wielkiej Brytanii. Nadal miotały nim rozterki. W końcu, w maju 1947 roku zdecydował się wrócić do ojczyzny. Zobaczył wyniszczoną Polskę. Nie przyjęto go z otwartymi ramionami, uważano ich za wrogów, byli ludźmi gorszej kategorii. Zrobił kurs, aby móc pracować na kolei, jednak okazało się, że kolej jest zmilitaryzowana i odmówiono mu pracy z powodu służby w armii Andersa. Żałował, że wrócił. W 1949 roku rozpoczął pracę w pawłowickiej spółdzielni. Skończył gimnazjum i zrobił maturę w 1952 roku. Chciał iść na studia, ale jego przeszłość po raz kolejny stanęła mu na drodze. Z sopockiej Wyższej Szkoły Ekonomicznej powiadomienie o egzaminie wstępnym dostał po fakcie. Rok później, na Uniwersytecie Wrocławskim nie przydzielono mu stypendium i akademika. Wreszcie, w 1956 roku rozpoczął studia germanistyczne na Uniwersytecie Wrocławskim. Studiował germanistykę, bo niemieckiego nauczył się na wojnie.

Pierwszy września to teraz dla Piotra Wowry także Dzień Kombatanta. Należy do Związku Kombatanckiego, ponieważ twierdzi, że to czasami stwarza okazję do opowiedzenia, jak było naprawdę. W 1995 roku był na wycieczce objazdowej po Włoszech. Odwiedził Monte Cassino, złożył wieniec na Polskim Cmentarzu Wojennym. Musiał go wsunąć przez bramę, bo trafił na święto narodowe i cmentarz był zamknięty. Chciał go złożyć również na cmentarzu niemieckim, ale ten jest położony gdzieś dalej. Kelner w uroczej kawiarence powiedział mu, że stosunek Włochów do Polaków jest mieszany, podobno z powodu miejscowej ludności zabitej pod Bolonią, ale do końca nie wiadomo. Jakieś dwa lata temu nadano Piotrowi tytuł sierżanta, chyba na pocieszenie.

To tylko jedna historia z milionów podobnych lub zupełnie różnych. Losy świadków II Wojny Światowej potoczyły się przeróżnie, często dalekie były od bohaterskich czynów przedstawionych w literaturze i filmie. Taka opowieść pomaga nabrać dystansu do tamtych spraw, oddzielić prawdę od legend.

 




Piotr Wowra
powrót »